Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej Trójmiasto” 14 listopada 2014 r.

– Nie wierzę, że go nie zabili – mówi matka Łukasza, pani Ewa. – Łukasz miał prawie metr dziewięćdziesiąt. Wielki chłop. A jak go w końcu odnaleźli, leżał na tylnym siedzeniu. Nawet gdyby jakimś cudem ciało przesunęło się między fotelami, to z przodu zostałaby ręka czy noga. A on leżał skulony. Do tego w okolicy mostka dziura jak po kuli... Ale patolog stwierdził, że po takim czasie niewiele może powiedzieć.

Jeździć umiał od małego

30 listopada 2006 r., ostatni dzień życia 25-letniego Łukasza. Gniew, małe miasto nad Wisłą, gdzie „wszyscy wszystkich znają". Chłopak wrócił do domu przed kilkoma tygodniami. Był w Szwecji, przez ostatnie miesiące pracował w gospodarstwie rolnym. Wcześniej w Polsce imał się różnych prac w budowlance, ale wyjechał, by szybko zarobić na samochód.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej