Czwarta rano, komisariat policji. Cicho i pusto. Natalia staje przy okienku oficera dyżurnego.

– Dobry wieczór, chciałam zgłosić gwałt.

– Jaki gwałt? – policjant odrywa się od telewizora.

– Na koleżance. Została zgwałcona.

Funkcjonariusz podpiera się na łokciach, wychyla głowę, a Natalia wskazuje dłonią Agnieszkę. Siedzi na krześle, ubrana w sukienkę na ramiączkach, łzy ciekną jej po policzkach, wzrok wbity w podłogę.

– Kiedy została zgwałcona?

– Dziś w nocy.

– Gdzie?

– W Sopocie.

– To dlaczego zgłaszacie to tu? Przecież to Rumia, a nie Sopot.

Natalia chwilę na niego patrzy. Miasta dzieli 20 kilometrów. – Jakie to ma znaczenie, gdzie zgłaszam przestępstwo? – mówi w końcu, ale dyżurny nie odpowiada. Do Agnieszki podchodzi drugi policjant i pstryka palcami przed jej oczami. Pyta: „Co brałaś? Czego się naćpałaś?”.

Nic nie brała, niczego się nie naćpała. Agnieszka wybiega, siada na krawężniku, twarz chowa w dłonie. Natalia próbuje jeszcze negocjować: – To co mamy zrobić? Zawieźcie nas chociaż do szpitala.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej