Joanna Wiśniowska: Wraca pan czasem myślami do 14 stycznia 1993 roku?

Marek Błuś*: – Tak. Chociażby z tego względu, że przez dłuższy czas uczyłem marynarzy na specjalnych kursach, jak przeżyć zatonięcie statku. Musiałem więc wracać, bo „Jan Heweliusz” jest szczególnym przypadkiem, który pokazał, że to, co było w zasadach dobrej praktyki, to czego uczono, nie sprawdziło się. Natomiast skuteczne okazało się postępowanie wcześniej krytykowane.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Historyczny sukces Portu Gdańsk! Ponad 40 mln ton w 2017 roku

A co było piętnowane?

– Uznawano wręcz za niedopuszczalną metodę ewakuacji z tonącego statku polegającą na tym, że pneumatyczne tratwy ratunkowe otwiera się na pokładzie statku. Te tratwy w stanie złożonym znajdują się w pojemnikach podobnych do beczek. Naklejona na nich instrukcja nakazuje wyrzucić cały pojemnik do wody i dopiero wówczas zdalnie, za pomocą linki uruchomić zawór butli ze sprężonym gazem. A potem ewakuujący się rozbitkowie powinni przedostać się ze statku do tratwy. Niestety, absolutyzowano tę metodę.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej