Naszemu czytelnikowi, który jest cudzoziemcem mieszkającym w Gdańsku [prosi o zachowanie anonimowości – red.], zdarzyła się na dniach nieprzyjemna sytuacja w Pomorskim Urzędzie Wojewódzkim. Przejeżdżając obok PUW, przypomniał sobie, że ma do odebrania kartę pobytu dla córki. Pomyślał, że wstąpi do urzędu i spróbuje ją odebrać.

Mieszkam w Gdańsku od kilkunastu lat, mówię biegle po polsku

To, co się wydarzyło dalej, opisuje tak:

„Wchodzę do urzędu, kolejka ma początek, ale końca nie widać... Podszedłem kilka kroków dalej i akurat pojawiła się urzędniczka. Uśmiechnęła się do mnie, więc śmiało zapytałem, czy mogę mieć pytanie. Ona z uśmiechem odpowiedziała, że tak, więc mówię, że chciałbym odebrać kartę. A ona: Pracujemy do 18 i jak skończą się wcześniej numerki, to może pan odebrać. Zadałem drugie pytanie dotyczące małżonki i dostałem także irytującą odpowiedź, więc skomentowałem sytuację, że jest skomplikowana i długo się ciągnie, a ona odpowiedziała: Granice do Niemiec są otwarte i podobno tam łatwiej i szybciej dają dokumenty. Żeby urzędnik tak mówił?! To co się dziwić „panu Kowalskiemu”?!”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej