Maciej Sandecki: Pamięta pan swój pierwszy kontakt z księdzem Henrykiem Jankowskim?

Bogdan Borusewicz: - Pierwszy raz zobaczyłem go na mszy podczas strajku w stoczni w 1980 roku. Wtedy dowiedziałem się, że taki ksiądz istnieje. Ta msza to był mój pomysł. Opowiem, jak do niej doszło, bo to ciekawa historia. Msza odbyła się w pierwszą niedzielę, po tym jak w stoczni było tylko 300 osób, kiedy strajk przechodził kryzys. Trzeba było coś wymyślić, żeby go wzmocnić. Msza to był dobry pomysł, bo czułem, że strajkujący się boją, że powtórzy się Grudzień ‘70, i jest potrzeba, aby ich wzmocnić psychicznie. A po drugie uważałem, że taka msza zachęci ludzi z zewnątrz do wsparcia. Podzieliliśmy się na dwie delegacje – ja pojechałem do Gdyni, żeby załatwić mszę w Stoczni im. Komuny Paryskiej, a grupa osób z Anną Walentynowicz na czele załatwiała mszę dla stoczni w Gdańsku. W Gdyni były problemy. Jeden ksiądz zatrzasnął mi drzwi przed nosem, inny odmówił. Pomyślałem wtedy o księdzu Hilarym Jastaku. Poszliśmy do niego, a on z miejsca się zgodził. Pozytywnie zaskoczony tym faktem zapytałem, czy nie musi zapytać o zgodę biskupa. A on odpowiedział: Biskupa? Po co? I tę mszę poprowadził. Natomiast w Gdańsku delegacja z Walentynowicz poszła do biskupa Lecha Kaczmarka, który stwierdził, że wyda zgodę na mszę, jak uzyskają zgodę u I sekretarza PZPR. Więc poszli do Tadeusza Fiszbacha, a ten się bardzo zdziwił. „Ja mam wydać zgodę na mszę? Proszę iść do wojewody” – odpowiedział. Poszli więc do wojewody Jerzego Kołodziejskiego i ten wyraził zgodę. Wrócili do biskupa, a ten jeszcze nie dowierzał i zadzwonił do wojewody. Gdy uzyskał potwierdzenie, wyznaczył księdza Henryka Jankowskiego, bo stocznia geograficznie była w obrębie parafii św. Brygidy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej