Jest krótko przed pierwszą w nocy, kiedy Iza* słyszy krzyk. Pierwsza myśl: "to z telewizora". Schodzi z sypialni do salonu, ale tam cisza. Wygląda więc przez okno. Głos jest wyraźny, męski. Słyszy wołanie: „pomocy”, a po chwili przeciągłe zawodzenie. Pijany robi sobie żarty? Kogoś pobili? Może wypadek? Iza w ciemności nikogo nie dostrzega. Tomek, mąż, chwyta za telefon i wykręca nr alarmowy 112. Jest za pięć pierwsza. Po kolejnych kilku minutach oddzwania dyżurny z Komendy Powiatowej Policji w Pruszczu Gdańskim.

– Powiedziałem, że ktoś wzywa pomocy z Drogi Słowackiego. To ulica kilkadziesiąt metrów od naszego bloku – opowiada Tomek. – Doprecyzowałem, że krzyk dobiega z okolicy restauracji „Z Ikrą” i jest tam niezabezpieczony rów melioracyjny. Podałem swoje nazwisko i adres. Umówiliśmy się, że jak policjanci nie będą mogli znaleźć tego miejsca, to im w tym pomogę. Wyszedłem na zewnątrz i czekałem.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej