Jego walka do końca miała sens. Absolutnie. Ta cała aktywność przyniosła pamięć ludzką. To, że niektórym ludziom był bardzo przydatny, w czymś pomógł, jest niezwykle ważne - mówi Józef Kaczkowski, ojciec ks. Jana Kaczkowskiego
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

EWA KARENDYS: Przychodzi w snach?

MAGDALENA SEKUŁA, siostra ks. Jana Kaczkowskiego: Raz mi się przyśnił, ale w łagodnej i miłej formie. To nie była rozdzierająca tęsknota. Zapewniał, że u niego wszystko OK.

JÓZEF KACZKOWSKI, ojciec ks. Jana: Mnie się nie śni. Może dlatego, że on tu jest przez cały czas. Nie wiem, czy to przez te jego książki, a może przez to, że ciągle o nim rozmawiamy...

Mówił: „Jeśli Pan Bóg przyjmie mnie do siebie, obiecuję, że na tyle, na ile mi pozwoli, bo to też nie jest takie oczywiste, będę próbował być blisko was”.

M.S.: I rzeczywiście jest. Miał tak intensywne życie, że ono nie kończy się tak nagle. Dużo po sobie pozostawił.

To widać w kioskach, w księgarniach – minął rok od śmierci, a książki nadal stoją na półkach z bestsellerami. Ta obecność na zewnątrz pomaga czy przeszkadza w żałobie?

J.K.: To ułatwia nam pogodzenie się z jego faktycznym odejściem. Bo to kontynuacja jego życia, dotychczasowej działalności.

M.S.: Każdy w rodzinie inaczej przeżywa jego śmierć: jedni potrzebują ciszy, inni chcą wspominać. Gdy dziś toczą się dyskusje na temat np. aborcji czy in vitro, sięgam do tekstów, które pozostawił, i sprawdzam, co sądził na ten temat. W ten sposób jest ciągle żywy, żeby nie powiedzieć wręcz, że wciąż zabiera głos w aktualnych sprawach.

Nie ma już poczucia, że za chwilę wróci, wyjechał?

J.K.: Rzeczywiście, tak było na początku, ale to się zaciera. Często wyjeżdżał, także gdy był chory – do Ameryki, do Australii. Nie było go przez długi okres. I po śmierci wydawało się, że jest w podróży i wkrótce wróci.

M.S.: Dla mnie takim domknięciem była zmiana tymczasowego grobu pełnego kwiatów na kamienny pomnik autorstwa Anny Bem-Boruckiej. A pierwsza rocznica śmierci, 28 marca, przypomniała, że już go nie ma. Na zawsze.

Mówił, że choroba mocno was do siebie zbliżyła.

J.K.: Wcześniej byliśmy dość daleko, mimo że było to blisko – Sopot i hospicjum w Pucku dzieli 40 km. Cały czas był tam. Nawet gdy był u nas, myślał, co się dzieje w Pucku, potrafił nagle zebrać się i wyjechać.

M.S.: Tata był z Janem bardzo intensywnie przez ten ostatni czas. W zasadzie przez 24 godziny na dobę. Cała choroba była dla rodziny niezwykle trudnym czasem. A że był to glejak czwartego stopnia, można było przypuszczać, że leczenie nie zakończy się sukcesem.

Nadzieja?

M.S.: Też była, ale bardziej walka. Robiliśmy wszystko, by żył w jak największym komforcie jak najdłużej. Szukaliśmy pomocy, gdzie się dało. Ale nie pomocy, która nie miała sensu. To były przedyskutowane decyzje. Chiny np. nie wchodziły w grę. Medycyna niekonwencjonalna – owszem, ale jako wspomaganie, a nie jako jedyna droga.

Ks. Jan Kaczkowski: "Czasem można przegrać zewnętrznie przez całe życie, a gdzieś na końcu wygrać moralnie"

W dni, kiedy odchodził...

J.K.: ...byliśmy razem, patrzyliśmy na siebie. Czy nas widział, rozróżniał – trudno powiedzieć.

M.S.: Mówił o tym, że słuch osoby umierającej wyłącza się na końcu, więc do końca wierzyliśmy, że nas słyszy. Zaczął konać w Wielki Czwartek, a zmarł w Poniedziałek Wielkanocny.

Ta symboliczna data ma dla państwa duże znaczenie?

M.S.: Dla mnie ogromne. W dodatku pogrzeb odbył się w prima aprilis. Symboliczne jest to, że zmarł w święta, gdy wszyscy byliśmy razem. Od czwartku czuwaliśmy non stop. W poniedziałek rano przyszłam do rodziców: kawa, herbata, śniadanie. Starszy brat Filip wyszedł pobiegać, ale wrócił. Wiedzieliśmy, że to ten moment. Byliśmy w naszą podstawową piątkę – mama, tata, Filip, Jan i ja. Jan o tym mówił i też tak uważam, że ludzie potrafią trochę zaplanować swoje odejście. Mocno walczył, by żyć jak najdłużej, ale w pewnym momencie powiedział: „Nie mam siły”. A to, że zaczął konać w Wielki Czwartek, dla mnie oznacza, iż jego życie było świadectwem poświecenia się, bycia dla innych. To, że wszystko wydarzyło się w Wielkanoc, to symbol nadziei.

Cierpienie miało sens? Mają państwo poczucie, że to było po coś?

J.K.: Jego walka do końca miała sens. Absolutnie. Ta cała aktywność przyniosła pamięć ludzką. To, że niektórym ludziom był bardzo przydatny, w czymś pomógł, jest niezwykle ważne.

M.S.: Pokazał, że choroba nie musi niczego kończyć, trzeba walczyć; jest coś poza życiem doczesnym. Uwielbiam jego powiedzenie: „To, że nie bijesz żony, jesteś dobrą matką, ojcem, chodzisz do kościoła – to jesteś na zero. Trzeba dać coś więcej”. Przeszkadzało mi, że tak często występował w telewizji, mówił o chorobie. To było o tyle ciężkie, że jego choroba była dla nas ogromnym dramatem.

Stopowaliście go...

J.K.: ...ale bez skutku. Jego aktywność medialna była w dużej mierze inspirowana tym, że szukał środków, żeby zapewnić hospicjum istnienie. W pewnym momencie osiągnął swój cel – hospicjum było zadbane, zaspokojone finansowo, kredyty spłacone. A on dalej...

M.S.: Można mu zarzucić, że zbyt często pojawiał się w prasie, telewizji. Dziś nie ma to znaczenia. On to robił po coś. Chciał coś po sobie pozostawić.

Jak dziś kultywować pamięć o nim?

J.K.: Na pewno na bazie hospicjum. To centrum, gdzie koncentrują się działania Jana. Jest wiele osób, którym zależy na tym, by pamięć o nim była kontynuowana. Nie wiem, czy to się zmieni z upływem czasu. Może zainteresowanie Janem na zewnątrz będzie się zmieniało, ale nasza pamięć zostanie w takiej samej formie.

M.S.: Wierzę, że to, co pozostawił w książkach, artykułach, przetrwa. Ktoś kiedyś odkryje je na nowo, bo są o wartościach ponadczasowych. To, o czym mówił, się nie przedawni.

Babcia ks. Jana nadal spisuje wspomnienia?

M.S.: Kiedy Jan żył, spisywanie wspomnień z jego dzieciństwa, gdy spędzaliśmy u niej wakacje w Krakowie, przychodziło jej łatwo, teraz trudniej o tym pisać. Babcia przywołuje listy, notatki. W jednej jako sześcio–siedmiolatek napisał, że kocha kolej, ale ma nadzieję, że ta pasja nie przeszkodzi mu w powołaniu. To niesamowite.

W 2002 r. ks. Jan Kaczkowski przyjął święcenia kapłańskie. Kiedy przyszła myśl, że to rzeczywiście powołanie, coś poważnego?

J.K.: Gdy po maturze zaangażował się w działalność jezuitów, a później zdecydował się na seminarium. A te dziecinne historie o powołaniu zawarte w książkach – dopiero teraz się o nich dowiadujemy.

M.S.: Dla mnie osobiście kapłaństwo to nie było duże zaskoczenie. Od dziecka była w nim fascynacja. Miał świetną pamięć, cytował Biblię. Tak jak dzieci bawią się w dom, on bawił się w kościół.

Mówił, że kapłaństwo dla jego rodziny „w stylu francuskim antyklerykalnej” to rodzaj degradacji społecznej.

J.K.: My tak żeśmy tego nie postrzegali.

M.S.: Kiedy mama mówiła, że całe życie będzie żebrakiem, odpowiadał, że ekskluzywnym, bo będzie żebrał w kościele, a nie przed. Rodzice dali nam wolny wybór. Wiedzieliśmy, że jakąkolwiek ścieżkę obierzemy, będzie zaakceptowana.

To było widać, kiedy jezuici odmówili mu przyjęcia do nowicjatu, a starał się o przyjęcie do seminarium duchownego w Gdańsku. Pan poprosił o protekcję swojego szefa, wojewodę Macieja Płażyńskiego, który miał dobre kontakty z arcybiskupem.

J.K.: Jan był bardzo zawiedziony decyzją jezuitów. Zaskoczeniem było to, że nie chcą go ze względów zdrowotnych. Chciałem go trochę wesprzeć, żeby nie zwątpił. Abp Tadeusz Gocłowski i tak go zaakceptował, ale na wszelki wypadek zdecydowałem się na takie drobne wsparcie.

Wcielał w życie odważne pomysły. Czym najbardziej państwa zaskoczył?

J.K.: Tym, że poszedł do seminarium. Że dał sobie radę, ucząc w szkole. Miałem wrażenie, że będzie trudno okiełznać mu tych gamoni, uczniów. A okazało się, że miał swoje metody, którymi ich sobie zjednywał. Zaskoczył tym, że hospicjum udało się wybudować bez pieniędzy i umiejętności finansowania inwestycji.

M.S.: Mnie zaskakiwał, że po kilku minutach rozmowy doskonale wiedział, jak dotrzeć do człowieka. Gdy zbierał pieniądze na budowę hospicjum, jedna pani po mszy w kościele św. Jerzego w Sopocie zdjęła z ręki pierścionek i wrzuciła mu do puszki. Był tak autentyczny we wszystkim, co robił.

Wady?

J.K.: Cały szereg.

M.S.: Nie był aniołem. Potrafił coś powiedzieć zbyt dosadnie ludziom. Błagałam go, żeby się hamował. Był zero-jedynkowy. Choroba go zmieniła. Stał się mniej krytyczny i bardziej uważny.

Był też zawsze dostępny dla drugiego człowieka.

J.K.: Kiedy jeździłem z nim samochodem, gdy niedowład nie pozwalał mu już prowadzić, cały czas ktoś do niego dzwonił. Nieznani ludzie, którzy chcieli podziękować za coś, co powiedział, zrobił, co wpłynęło na ich życie. Jeśli nie mógł odebrać, to zawsze oddzwaniał. Miałem trochę pretensje, mówiłem: „Ty się w coś zaplączesz. Dziś ludzi w ten sposób naciągają, jak się oddzwania, połączenie leci przez cały świat, słono można zapłacić”. Nie miał takich obaw.

Jego śmierć coś w państwu zmieniła?

J.K.: Raczej w młodych, ja jestem stary, więc wiele na mnie już nie oddziałuje. Ale na pewno coś pozostaje.

M.S.: U mnie to przeświadczenie, że po pierwsze w chorobie wszystko się zmienia. Nie ma nic ważniejszego niż życie.

Ubolewam, że nie było nam dane mieć więcej czasu dla siebie. Porozmawiać, gdy skończy wszystkie te swoje dzieła i okrzepnie. Pokazała dobitnie, że życie ma kres. Bliskość, relacje, dla wierzących w obecność Boga – to najważniejsze. O tym mówił.

Państwo dobrze wykorzystali czas z nim?

J.K.: W chorobie zadeklarowałem całkowite oddanie do jego dyspozycji. Na każdą potrzebę mogłem się stawić. Jest tylko jedna rzecz, którą nie wiem, czy żeśmy przegapili, czy nas nie poinformowali. Jeszcze przed glejakiem miał raka nerki. Zakończyło się pozytywnie. Nie wiedzieliśmy, że można wykonać badania PET całego organizmu, by sprawdzić, czy nie ma komórek nowotworowych. Może jeśli wtedy...

M.S.: To, co mnie rozczarowało, to tzw. system opieki zdrowotnej. Najpierw słyszeliśmy, że jest tyle rozwiązań, a później przyszedł suchy mail, że nie ma już na świecie metody, która Janowi pomoże. Choć pewnie to naturalne, że nadchodzi moment, kiedy nie da się już pomóc. Spotkaliśmy na drodze wielu wspaniałych lekarzy. Mam natomiast trochę pretensji do służby zdrowia, że w chorobie jest się tak bardzo samotnym. Także Jan mówił, że nie ma co liczyć na to, że chory zostanie poprowadzony za rękę. Rolą rodziny jest pytanie, szukanie.

Sam miał więc misję, jak edukować lekarzy. Wskazówki dotyczące chorowania i umierania zostawił w książce Katarzyny Jabłońskiej „Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby”.

J.K.: Jak się do tego zabrali, byłem trochę w strachu. Bo Jan miał tyle z medycyną wspólnego, że chorował i otarł się o te sprawy w hospicjum, ale wykształcenia medycznego nie miał. Bałem się, żeby nie palnął jakichś gaf. Ale okazało się, że lekarze potwierdzili trafność jego diagnoz.

M.S.: Uważał, że chorych trzeba traktować z godnością, zapewnić jak najwyższą jakość życia. Nie cierpiał, gdy o człowieku mówiło się, że jest jak roślinka.

„Wydawało mi się, że moja choroba go do Pana Boga zbliży, a wręcz przeciwnie – oddaliła go” – mówił o panu.

J.K.: Faktycznie, nie było specjalnego zbliżenia. Z Janem żeśmy raczej na te tematy nie dyskutowali. Takie przemyślenia trzymał raczej w sobie.

M.S.: Czasami więcej mówił w mediach niż nam. To są często bardzo trudne rozmowy. O śmierci też za dużo nie rozmawialiśmy. On próbował nas do niej przygotować: mówił, jak ma być pochowany, ubrany, ale nie siadaliśmy i nie rozmawialiśmy o tym, jak to będzie, gdy jego zabraknie...

Osobie niewierzącej trudniej się pogodzić ze śmiercią?

J.K.: Trudno mi powiedzieć, jak odbiera to osoba wierząca. Ja uważam, że nasze drogi się rozchodzą. Możemy istnieć w pamięci naszych bliskich. Ale już się nie spotkamy.

A pani liczy na spotkanie?

M.S.: U mnie jest nadzieja, podobnie jak była nadzieja na wyzdrowienie. Tak. Liczę na to, że może kiedyś...

Ks. Jan Kaczkowski

Był współzałożycielem i dyrektorem Hospicjum im. św. Ojca Pio w Pucku. Urodził się w Gdyni. W 2002 r. ukończył Gdańskie Seminarium Duchowne. Jako kapłan pomagał chorym i ubogim. Zmarł w Poniedziałek Wielkanocny 28 marca 2016 r. Miał 39 lat. Przez cztery lata walczył ze złośliwym nowotworem mózgu. Został pochowany na Cmentarzu Komunalnym w Sopocie.

ZOBACZ TEŻ KSIĄŻKĘ: "Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby" – wywiad rzeka Katarzyny Jabłońskiej z ks. Janem Kaczkowskim

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Kościół mówi: ofiaruj swe cierpienie Panu Bogu. Pytam: na co dobremu Panu Bogu, który przecież nie jest sadystą, moje cierpienie?
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    Mój mąż także zaczął konać w Wielki Czwartek, a zmarł w Wielki Poniedziałek. Ten sam, rok temu. Jego cierpienie i śmierć nie miały żadnego sensu, niczego i nikogo nie zmieniły. Też walczył do końca, a ja widziałam tylko ból i strach, żadnej pieprzonej metafizyki i żadnego pieprzonego sensu.
    @arachne Też tak myślę o cierpieniu i śmierci człowieka.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    @arachne @arachne Nie napiszę Pani, że współczuję z powodu śmierci męża, ponieważ nie znam ani Pani, ani nie znałem zmarłego. Takie internetowe "współczucie" byłoby z tego powodu nieszczere. Ale co mogę pani napisać: ks. Jan Kaczkowski (szerzej odsyłam do wywiadów i książek ks. Kaczkowskiego), wielokrotnie nawiązywał do ks. Tischnera, że cierpienie nie uszlachetnia i dalej, że cierpienie fizyczne w chorobie ma minimalną wartość moralną, a może nawet nie ma jej wcale, choćby w najmniejszym stopniu, jak rozważał ks. Kaczkowski. Cierpienie, ból w chorobie wynikają z fizyczności, biologicznej budowy ciała ludzkiego, praw przyrody, przebiegu procesu choroby. Bóg nie jest masochistą. Nie czerpie czegoś w rodzaju "chwały" z cierpienia człowieka. Jedynym cierpieniem, które przyniosło zbawienie w Bożym planie, była śmierć Chrystusa na krzyżu, którego to wydarzenia wspomnienie niedawno obchodziliśmy . Cierpienie Chrystusa było "ofiarą doskonałą" i dalsze nie są konieczne. Kościół nie naucza, że cierpienie w chorobie ma służyć jakiejś metafizyce i, że musi mieć jakiś sens, poza tym wynikającym z fizyczności człowieka. Wręcz przeciwnie, czego przykłady chciałbym poniżej opisać. Patronem hospicjum założonego przez ks. Kaczkowskiego nieprzypadkowo jest św. Ojciec Pio - pomysłodawca i założyciel szpitala w San Giovanni Rotondo, mającego nosić nazwę „Domu Ulgi w Cierpieniu”. Także ks. Jan Kaczkowski przez całe swoje życie zawodowe w działalności hospicyjnej walczył o prawa pacjenta do jak najwyższą jakości leczenia i podjęcia działań w celu zapobiegania bólu i cierpienia poprzez zastosowanie najlepszych leków i dostępnych metod - było to działanie priorytetowe, jak sam wielokrotnie podkreślał . Cierpienie nie służy do czegoś. Jest pomimo. @arachne Nie napiszę Pani, że współczuję z powodu śmierci męża, ponieważ nie znam ani Pani, ani nie znałem zmarłego. Takie internetowe "współczucie" byłoby z tego powodu nieszczere. Ale co mogę pani napisać: ks. Jan Kaczkowski (szerzej odsyłam do wywiadów i książek ks. Kaczkowskiego), wielokrotnie nawiązywał do ks. Tischnera, że cierpienie nie uszlachetnia i dalej, że cierpienie fizyczne w chorobie ma minimalną wartość moralną, a może nawet nie ma jej wcale, choćby w najmniejszym stopniu, jak rozważał ks. Kaczkowski. Cierpienie, ból w chorobie wynikają z fizyczności, biologicznej budowy ciała ludzkiego, praw przyrody, przebiegu procesu choroby. Bóg nie jest masochistą. Nie czerpie czegoś w rodzaju "chwały" z cierpienia człowieka. Jedynym cierpieniem, które przyniosło zbawienie w Bożym planie, była śmierć Chrystusa na krzyżu, którego to wydarzenia wspomnienie niedawno obchodziliśmy . Cierpienie Chrystusa było "ofiarą doskonałą" i dalsze nie są konieczne. Kościół nie naucza, że cierpienie w chorobie ma służyć jakiejś metafizyce i, że musi mieć jakiś sens, poza tym wynikającym z fizyczności człowieka. Wręcz przeciwnie, czego przykłady chciałbym poniżej opisać. Patronem hospicjum założonego przez ks. Kaczkowskiego nieprzypadkowo jest św. Ojciec Pio - pomysłodawca i założyciel szpitala w San Giovanni Rotondo, mającego nosić nazwę „Domu Ulgi w Cierpieniu”. Także ks. Jan Kaczkowski przez całe swoje życie zawodowe w działalności hospicyjnej walczył o prawa pacjenta do jak najwyższą jakości leczenia i podjęcia działań w celu zapobiegania bólu i cierpienia poprzez zastosowanie najlepszych leków i dostępnych metod - było to działanie priorytetowe, jak sam wielokrotnie podkreślał . Cierpienie nie służy do czegoś. Jest pomimo.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    @arachne Nie napiszę Pani, że współczuję z powodu śmierci męża, ponieważ nie znam ani Pani, ani nie znałem zmarłego. Takie internetowe "współczucie" byłoby z tego powodu nieszczere. Ale co mogę pani napisać: ks. Jan Kaczkowski (szerzej odsyłam do wywiadów i książek ks. Kaczkowskiego), wielokrotnie nawiązywał do ks. Tischnera, że cierpienie nie uszlachetnia i dalej, że cierpienie fizyczne w chorobie ma minimalną wartość moralną, a może nawet nie ma jej wcale, choćby w najmniejszym stopniu, jak rozważał ks. Kaczkowski. Cierpienie, ból w chorobie wynikają z fizyczności, biologicznej budowy ciała ludzkiego, praw przyrody, przebiegu procesu choroby. Bóg nie jest masochistą. Nie czerpie czegoś w rodzaju "chwały" z cierpienia człowieka. Jedynym cierpieniem, które przyniosło zbawienie w Bożym planie, była śmierć Chrystusa na krzyżu, którego to wydarzenia wspomnienie niedawno obchodziliśmy . Cierpienie Chrystusa było "ofiarą doskonałą" i dalsze nie są konieczne. Kościół nie naucza, że cierpienie w chorobie ma służyć jakiejś metafizyce i, że musi mieć jakiś sens, poza tym wynikającym z fizyczności człowieka. Wręcz przeciwnie, czego przykłady chciałbym poniżej opisać. Patronem hospicjum założonego przez ks. Kaczkowskiego nieprzypadkowo jest św. Ojciec Pio - pomysłodawca i założyciel szpitala w San Giovanni Rotondo, mającego nosić nazwę „Domu Ulgi w Cierpieniu”. Także ks. Jan Kaczkowski przez całe swoje życie zawodowe w działalności hospicyjnej walczył o prawa pacjenta do jak najwyższą jakości leczenia i podjęcia działań w celu zapobiegania bólu i cierpienia poprzez zastosowanie najlepszych leków i dostępnych metod - było to działanie priorytetowe, jak sam wielokrotnie podkreślał . Cierpienie nie służy do czegoś. Jest pomimo.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    "Zaczął konać w Wielki Czwartek, a zmarł w Poniedziałek Wielkanocny" - pierwszostronicowo tytułuje redakcja. Czy te dni są lepsze/gorsze od innych dni? Czy o czymś świadczą? Czy dałoby się uszanować chociaż śmierć człowieka?
    już oceniałe(a)ś
    1
    0