Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

*

Robert Maksymilian Brylewski (ps. Afa, Robin Goldroker) urodził się 25 maja 1961 roku. Na przełomie lat 70. i 80. grał w legendarnej grupie punkrockowej Kryzys. Potem był filarem Brygady Kryzys, Izraela i Armii. Fani znają go także z takich projektów jak Max i Kelner oraz Falarek Band. W ciągu ostatnich 25 lat z różnymi zespołami i muzykami nagrał blisko 60 płyt. Od kilku lat Brylewski tworzył także komputerowe animacje do teledysków i malował. Przez wiele lat prowadził w Warszawie studio Złota Skała. Nagrywały tam czołowe polskie zespoły, m.in. Maanam, ale przede wszystkim setki zespołów alternatywnych. Był także twórcą słynnego warszawskiego festiwalu Róbrege.

Spotkaliśmy się z nim dwanaście lat temu w gdańskim klubie Gazeta Rock Cafe. Nie chciał pić piwa, wybrał czystą wódkę. Palił sporo, a przed włożeniem papierosa do ust urywał filtry.

– Dopiero tak czuje się ich moc – wyjaśniał.

Publikujemy zapis tamtej rozmowy z 2006 roku. Wcześniej niepublikowanej w internecie. W takiej wersji została ona opublikowana jedynie w papierowej Gazecie Wyborczej 20 października 2006 roku. Oto ona:

Grzegorz Szaro, Maciej Sandecki: Ludzie masowo wyprowadzają się z Gdańska do Warszawy. Ty, Robert, rodowity warszawiak z krwi i kości, zrobiłeś coś odwrotnego. Dlaczego zdecydowałeś się zamieszkać w Gdańsku?

Robert Brylewski: – Mam tutaj rodzinę. To chyba najważniejszy powód. Starsza córka Sara już kilka lat temu przyjechała tutaj do Tymona [Tymańskiego – red.], a ja z młodszą córką przyjechałem do nich. Można powiedzieć, że wyniosłem się z Warszawy, żeby dzieci były razem. Poza tym, choć zabrzmi to banalnie, podoba mi się Trójmiasto.

Wspomniałeś Tymona. To Twój przyjaciel, ale także... zięć, bo od kilku lat żyje z Twoją córką. Jak Wam się układa?

– Bardzo dobrze. Pewnie na zasadzie przeciwieństw. Tymon ma w sobie więcej z Niemca – jest poukładany, pedantyczny i zdyscyplinowany zdecydowanie bardziej niż ja. Córka jest w dobrych rękach.

Ale gdy w wieku 15 lat Sara uciekła z domu do Tymona – Twojego kolegi – to podobno była straszna awantura...

– Ludzie rozpowiadali takie rzeczy i przez to trochę nas z Tymonem podzielili. Ale teraz jest naprawdę OK.

Ale ten facet ma prawie tyle samo lat co Ty...

– Skoro Sarze to nie przeszkadza, to co mi do tego? Poza tym on zachował się wobec mnie uczciwie – niczego nie ukrywał i byłem zmuszony to uszanować. A szczerze mówiąc, to dla córki lepiej, gdy jest z dużym facetem, który wie, czego chce, ma poukładane w głowie, zna życie i może jeszcze ją czegoś nauczyć, niż gdyby miała związać się z jakimś siusiumajtkiem.

Tymon Tymański i jego przyjaciel Robert Brylewski, legenda polskiej alternatywy (m.in. Brygada Kryzys i Izrael), grają główne role w filmie 'Polskie gówno', portrecie 'polskiej nieudaczy i skarlałego szołbizu'. Data premiery ? przyszły rokTymon Tymański i jego przyjaciel Robert Brylewski, legenda polskiej alternatywy (m.in. Brygada Kryzys i Izrael), grają główne role w filmie 'Polskie gówno', portrecie 'polskiej nieudaczy i skarlałego szołbizu'. Data premiery ? przyszły rok Fot. Marcin Kaliński/WL

Chciałeś, żeby rodzina była razem – czy to jedyny powód ucieczki z Warszawy?

– Postanowiłem też prowadzić w Gdańsku działalność muzyczną. Chcemy z Tymonem zawiązać spółkę autorską, razem tworzyć piosenki. Pierwsza próbka tej współpracy to kawałek „Ewakuacja Watykanu", który pojawił się na wydanej w ubiegłym roku płycie „Wesele".

Wolisz pracować w Trójmieście? Ludzie z tzw. branży twierdzą, że prawdziwe sukcesy można odnieść tylko w stolicy.

– Tu też może się udać. Po pierwsze, Tymon ma tutaj studio [Biodro Records – red.], które stoi dosyć często puste, więc bez problemu można będzie zająć się działalnością nagraniową. Poza tym, może to dziwnie zabrzmi, ale tutaj jest dużo lepsza atmosfera i dyscyplina wśród muzyków. Warszawa wydaje mi się takim miastem gwiazdorów. Wystarczy, że ktoś ma instrument w ręku, dorwie się do mikrofonu, to już generalnie wielką gwiazdę zgrywa. Przez to cała atmosfera jest nieprzychylna, bo gwiazdorzy się gwiazdorzą i lekceważą pracę. Ale samymi zdolnościami bez minimum dyscypliny nawet w tym fachu niewiele się zdziała.

Myślisz, że w Gdańsku jest inaczej?

– Tutaj przynajmniej chłopaki nie spóźniają się na próby, dzwonią, gdy coś wypadnie. Zależy im. Nie widać w nich gwiazdorstwa. To pozytywne przeciwieństwo Warszawy.

Ale Ty, Robert, przez całe życie mieszkałeś i z powodzeniem tworzyłeś w tej Warszawie. Może teraz dojrzałeś i potrzebujesz teraz więcej świętego spokoju?

– Na razie nie zauważyłem, żeby tutaj było spokojniej (śmiech). Ale na pewno tutaj jest lepszy klimat i zdrowsze powietrze dla 45-latka. W Trójmieście mam mniejsze kłopoty z zatokami i oczyszczają mi się drogi oddechowe. Generalnie bardzo dobrze czuję się w Trójmieście. To tutaj w 1980 roku zagrałem z Kryzysem jeden z pierwszych koncertów na festiwalu Pop Session w Sopocie. Poza tym w Trójmieście jest też dużo fajnych lokali muzycznych, które są od lat i są nie do ruszenia. Mam na myśli takie kluby jak Ucho, Sfinks, Spatif. W Warszawie wszystko szybko się zmienia. Powstaje jakiś klub, gdzie można grać koncerty, i za chwilę go nie ma. Coraz mniej jest miejsc z jakąś muzyczną tradycją.

Poza tym widzę coś, czego nie ma w Warszawie – tutaj zdarza się, że urzędnicy od kultury faktycznie zajmują się kulturą. Przykładem jest Larry Okey Ugwu, muzyk, mój wieloletni przyjaciel.

Rok 1981. Warszawa Rock Blok. Koncert zespołu Brygada Kryzys. Robert Brylewski (z prawej) i Tomasz LipińskiRok 1981. Warszawa Rock Blok. Koncert zespołu Brygada Kryzys. Robert Brylewski (z prawej) i Tomasz Lipiński MIROSLAW STEPNIAK / FOTONOVA

Został dyrektorem Nadbałtyckiego Centrum Kultury, włożył garnitur...

– Jak się o tym dowiedziałem, to był szok, ale pozytywny. Czy nie o to właśnie chodzi?

Od prawie trzydziestu lat gram i tworzę muzykę i nigdy nie spotkałem żadnego urzędnika zajmującego się kulturą! Urzędnicy zawsze tylko sprawiali nam kłopoty, a nigdy nie pomagali.

Pod rządami Lecha Kaczyńskiego, a teraz Kazimierza Marcinkiewicza nie wiodło się w Warszawie dobrze takim artystom jak Ty?

– Fatalnie. Warszawa to bogate miasto, a Kaczyński skąpił kasy na wszystko. Nawet na festyn z okazji święta 3 Maja. Przez niego ludzie, których nie stać na rozrywki, nawet raz w roku nie mogli zabawić się za publiczne pieniądze. Podobno w Gdańsku jest trochę lepiej pod tym względem, choć pewnie nie tak dobrze, jak dajmy na to we Francji. Gdy byłem tam w święto narodowe 14 lipca, to w każdym miasteczku były sponsorowane przez władzę festyny, które trwały do rana.

A wiesz już, kto jest prezydentem Gdańska?

– Nie pamiętam nazwiska, bo nie mam pamięci do nazwisk. Ale cieszcie się, że nie macie u siebie takiego komisarza z PiS-u, jakiego ma Warszawa (śmiech).

Zameldowałeś się w Gdańsku?

– Jeszcze nie, ale zamierzam wkrótce. Będę mógł chyba dzięki temu zapłacić mniej za rejestrację samochodu.

Zdążysz przed wyborami? Czy Ty w ogóle zamierzasz głosować?

– Na pewno pójdę na wybory i zachęcam do tego wszystkich, bo jestem jak najbardziej za tym, żeby ludzie decydowali, kto ma mieć władzę w tym kraju i żeby się angażowali. Jeśli tylu skinheadów zapuściło włosy i dostało się do polityki, to tak samo mogą zrobić inni.

A Ty o tym nie myślałeś?

– Ja nie, bo jestem zbyt dużym bałaganiarzem życiowym i się do rządzenia nie nadaję. Mógłbym jednak stworzyć grupę poparcia dla kolegów, którzy by się tym zajęli.

A co myślisz o angażowaniu się muzyków w kampanie wyborcze. Paweł Kukiz, Twój kolega, zagrał ostatnio na festynie Platformy Obywatelskiej.

– Sytuacja w kraju jest owrzodzona, więc potrafię zrozumieć jego desperację. Nie rozumiem za to zespołu Lombard, który zagrał na wiecu PiS-u, ale nie zamierzam ich krytykować, bo to ich poglądy. Mam w sumie bardzo dużo znajomych ze środowiska katolicko-rockowego, którzy popierają PiS. Muszę się przyznać, że ja nawet też zagrałem kiedyś, dawno temu, na wiecu wyborczym Unii Demokratycznej. Zrobiłem to świadomie, bo zacząłem trochę inaczej patrzeć na życie, jak mi się dzieci urodziły. Mi generalnie chodziło zawsze o to, żeby zbudować w tym kraju jakieś porozumienie, żeby nie było antagonizmów. Tymczasem, jak teraz patrzę na to, co się dzieje w kraju, to jestem przerażony! Nasze społeczeństwo jest teraz bardzo zantagonizowane, nawet za komuny tak nie było. Wtedy PZPR i komuniści to był jakiś osobny blok, wszyscy wiedzieli, że trzeba z nimi walczyć. A teraz doszło coś nowego. To, że inicjatywa antagonizowania wychodzi z samej góry. Uważałem już, że rządy Leszka Millera były najbardziej obciachowe, a teraz się okazuje, że może być jeszcze gorzej.

Robert BrylewskiRobert Brylewski TOMASZ WASZCZUK

Skończmy z tą polityką. Nie było Ci trochę szkoda zostawić w Warszawie kumpli?

– Szkoda. Ale na szczęście mam w Warszawie kawalerkę i zamierzam wizytować Warszawę dosyć często.

Kupiłeś mieszkanie we Wrzeszczu przy ul. Partyzantów. Dlaczego właśnie tam?

– Też dlatego, że chciałem być maksymalnie blisko rodziny – przystanek dalej mieszka Sara z Tymonem. Gdy któreś z nas wyjedzie, to można psy zostawić. Poza tym podoba mi się ta dzielnica – pełno tam starych zabytkowych domów. To też odróżnia Gdańsk od Warszawy. Tu w zabytkowych budynkach ludzie mieszkają, a tam je głównie oglądają. Poza tym, wydaje mi się, że Wrzeszcz to naturalne centrum Trójmiasta – na jednym końcu jest gdańska starówka, a na drugim Gdynia.

Muzyka klubowa? To dla Ciebie nowe doświadczenie?

– Wcześniej już zdarzało mi się tworzyć na żywo tzw. soundsystemy. Jeśli w Cobe będzie minimum przychylnej atmosfery, to nie zamierzam poprzestać jedynie na puszczaniu muzyki. Tylko zamierzam do niej improwizować i śpiewać.

W latach 80. i 90. prowadziłeś w Warszawie swoje studio nagrań i wytwórnię Złota Skała. Wydawałeś płyty, m.in. Izraela, oraz organizowałeś także imprezy, m.in. słynny warszawski festiwal Róbrege. Czy Twoja działalność z Tymonem też będzie tak szeroka?

– Mam nadzieję, że wspólnie bardzo wiele uda się nam osiągnąć. Na początek rozruszamy studio. Myślę jednak, żeby przy pomocy przyjaciół – np. Larry'ego zorganizować fajne imprezy. To chyba jest nieuniknione.

Przez wielu jesteś uważany za najważniejszą postać polskiego punk rocka, ale także za jednego z ojców polskiego reggae. Będziesz lansował je w Trójmieście?

– Tak, ale nie to w klasycznym, tzw. jamajskim wydaniu, ale z elementami innych stylów. Bo ja sam też nigdy nie grałem tradycyjnie. Na forach w internecie pisali nawet o mnie, że „moja gitara jest zbyt punkowa” i że „zabrudzam reggae z Polski". Zauważcie – nie „polskie reggae", ale „reggae z Polski” (śmiech).

Co ostatnio ciekawego w polskiej muzyce zaobserwowałeś?

– W ostatnich latach spodobał mi się Abradab i grupa Vavamuffin.

Znasz jakichś wykonawców z Trójmiasta, których cenisz?

– Do głowy przychodzi mi tylko Apteka. Będę musiał dopiero się zorientować, co tu się dzieje. Chciałbym także poznać dokładniej historię Gdańska, bo żeby się zintegrować ze środowiskiem, lubię je dobrze poznać.

A myślisz o założeniu nowej własnej formacji?

– Tak. Mam pomysł na nowy zespół. W Trójmieście jest wielu utalentowanych muzyków. Dużo jest tu muzyków po szkole jassowej, fantastyczni perkusiści, fantastyczne sekcje dęte. Pewnie na początek zrobimy jakiś skład z Tymonem i dziewczynami. Myślę też o ekspansji za granicę.

Robert Brylewski i Włodzimierz KiniorskiRobert Brylewski i Włodzimierz Kiniorski PAWEŁ MAŁECKI

????

– Tak. Właśnie w niedzielę wyjeżdżam do Londynu. Gramy tam okolicznościowy koncert z Magnetosferą, czyli dawnym Izraelem, dla nowej, polskiej, londyńskiej Polonii. Ci ludzie, co tam teraz wyemigrowali, zainspirowali mnie do tego, żeby otworzyć tam jakąś placówkę. Mam tam wielu znajomych mieszkających na stałe. Chciałbym też tam otworzyć studio nagraniowe, coś na wzór Studia Złota Skała, czyli klubu, gdzie można nagrać muzykę, posłuchać jej i wydać. Widzę potencjał w ludziach, którzy tam wyjechali. Byłem kiedyś w Brixton ["czarna” dzielnica Londynu – red.], w rastamańskiej knajpie spotkałem pełno Polaków, którzy doskonale tam się zaaklimatyzowali i zintegrowali. Na barze stała żołądkowa gorzka i krupnik. Chciałbym generalnie skorzystać z tego, że świat się zmniejsza, że mamy tanie linie lotnicze. Chciałbym jeszcze zmienić świat, bo każdy to może zrobić.

Świat się zmniejsza, ludzie masowo ściągają muzykę z internetu, co, jako artysta, o tym myślisz?

– To rzeczywiście jest masowe i nieuniknione. Ja sam ściągam muzykę z internetu. Nie uważam, jak niektórzy muzycy, żeby to była kradzież. Myślę, że po prostu ustawodawstwo nie nadąża za tym zjawiskiem. Dobrym pomysłem byłaby na przykład jakaś minimalna opłata za ściągniecie jednego kawałka. To trzeba dopracować, prawnie uregulować, bo to będzie się rozwijać, tego się nie powstrzyma. Ja nigdy nie miałem nic przeciwko temu. Nawet jak na koncert przychodził ktoś z kamerą czy magnetofonem, mówiłem: Chcesz, filmuj, nagrywaj. Zgadzałem się na to, bo to budowało popularność moich zespołów. A to jest bezcenne.

 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.