Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Maciej Sandecki: Pamięta pani swoje pierwsze wrażenia związane z Gdańskiem?

Olga Krzyżanowska: Przyjechałam do Gdańska w sierpniu 1945 r. Miałam wtedy 16 lat. Przyjechałam z mamą, którą Czerwony Krzyż jako lekarkę skierował tu do pracy w szpitalu jenieckim. Jechaliśmy dwa dni pociągiem towarowym. Gdy wysiedliśmy w Gdańsku, miasto zrobiło na mnie straszne wrażenie. Było wtedy dla mnie bardziej zniszczone niż Warszawa. Na dodatek w powietrzu unosił się trupi fetor. Było ciepło, jeszcze nie wszystkie ciała ofiar wydobyto spod gruzów. Bardzo intensywny, straszny zapach. Przez jakiś czas nocowaliśmy w szpitalu, później dostaliśmy duże mieszkanie we Wrzeszczu na Jaśkowej Dolinie i tam było lepiej, bo Wrzeszcz nie był tak zniszczony jak Główne Miasto. A jeszcze piękniej wyglądał wtedy Sopot, który na tym tle wydawał się prawie nieruszony przez wojnę. To, co najbardziej zapamiętałam z tamtego czasu, to ogromna rzesza ludzi, która przyjechała wtedy do Gdańska z całej Polski. Bardzo dużo przyjeżdżało z Kresów – z Wilna i ze Lwowa. Spotykałam też rodowitych gdańszczan – Polaków i Niemców, obywateli Wolnego Miasta Gdańska. Tych Polaków z Gdańska wielu napływowych Polaków uznawało za Niemców. Pierwszy raz zetknęłam się też wtedy z „normalnymi” Niemcami. To były głównie kobiety i dzieci, bo mężczyźni albo zginęli, albo uciekli. To było niesamowite, bo do tej pory każdy Niemiec to był dla mnie ktoś straszny, a tu zobaczyłam zwykłych, bardzo biednych i zagubionych ludzi. Pamiętam, że im pomagaliśmy – dokarmialiśmy dzieci, częstowaliśmy kawą. Choć oczywiście była też duża niechęć, chcieliśmy, żeby stąd wyjechali. Myślę, że właśnie ta różnorodność ludzi, którzy trafili tu po wojnie z wielu stron, zbudowała zupełnie nową tożsamość miasta.

Miasta niepokornego?

– Specyficznego. Choć fakt, że to miasto tworzyli ludzie, którzy w czasie wojny stracili swoje domy, miał pewnie wpływ na niepokorny charakter miasta. Po wojnie warszawiacy wracali do Warszawy, krakowianie do Krakowa, a tu przyjechali ludzie, którzy nie mieli nic – ani domów, ani tożsamości – i musieli je dopiero zbudować. Być może dlatego byli bardziej odważni, by sprzeciwiać się władzy później – w roku 1968, 1970 czy 1980. Po takiej strasznej wojnie ludzie mniej się bali.

Pamięta pani grudzień 1970 r.?

– Pamiętam, że do szpitala, w którym wtedy pracowałam, przywieziono rannych – żołnierzy i cywilów. Pani sprzątaczka weszła do mojego gabinetu i zapytała: „Pani doktor, to my jesteśmy za stoczniowcami czy za żołnierzami?". Odpowiedziałam, że dla lekarza chory to chory i koniec. Ci żołnierze to byli młodzi chłopcy spod Słupska, przerażeni całą sytuacją, jak wszyscy.

Mieszkałam wtedy przy cmentarzu Srebrzysko i widziałam te nocne chowania ofiar masakry przy latarkach. To był dramatyczny czas, tak samo okrutny i straszny jak wojna. Gdy więc słyszę dzisiaj niektórych ludzi, którzy mówią, że Lech Wałęsa po Grudniu '70 źle się zachował, to myślę sobie, że łatwo im to mówić, bo nie zdają sobie sprawy, jaka wówczas panowała groza.

Lecha Wałęsę poznała pani później, w sierpniu 1980 r., podczas strajku w Stoczni Gdańskiej. Mieszkańcy Gdańska wykazali się wtedy znowu niepokornością wobec władz.

– Ale wtedy było już zupełnie inaczej! Nie było już takiego poczucia strachu jak w 1970 r. Ludzie byli butni, odważni i panowała niezwykła atmosfera wspólnoty, poczucie, że tym razem damy radę. Pracowałam wtedy w Wojewódzkiej Przychodni Przemysłowej i dokładnie widziałam, co się działo w stoczni. Biegałam tam bez przerwy i słuchałam posiedzeń w sali BHP. Jako lekarkę wpuszczano mnie przez bramę stoczni bez problemu. Zapisałam się oczywiście do „Solidarności” i później razem z Aliną Pienkowską zajmowałyśmy się sprawami służby zdrowia. Gdy w 1989 r. przyszły wybory czerwcowe, Alina była naturalną kandydatką „Solidarności” służby zdrowia, bo to była wielka osobowość z dużą charyzmą. Ale wtedy zaprotestował Bogdan Borusewicz, który był w komitecie wyborczym, i uznał, że on jako przewodniczący nie może wystawiać swojej żony. Wzięto więc mnie i tak znalazłam się w polityce i przez następne 15 lat byłam obecna w parlamencie. Tyle że wtedy, w 1989 r., nikt kandydowania do Sejmu z listy Komitetów Obywatelskich „Solidarności” nie traktował jako wyróżnienia, ale jako wielkie zobowiązanie.

Tych ideałów solidarności już dziś chyba nie ma. Polacy są wewnętrznie skłóceni, a na zewnątrz nie potrafią okazać solidarności z krajami Europy, które zmagają się z problemem uchodźców, a które w latach 80. bardzo nam pomagały. Dlaczego?

– Bo jesteśmy właśnie zajęci głębokim podziałem politycznym w kraju. Straciliśmy poczucie wspólnoty między sobą i z innymi narodami przez wewnętrzne kłótnie. „Solidarność” była po pierwsze walką o wolność. To piękne słowo, ale kiedy wolność została wywalczona, straciliśmy solidarność przez małe „s". W tamtych czasach nie liczyło się, kto miał jakie poglądy, tylko czy był z nami, czy pomagał. I wcale nie było nas tak dużo. Dlatego bardzo mnie denerwują ludzie, którzy wtedy nie mieli odwagi walczyć, a dzisiaj pouczają tych, którzy wtedy siedzieli w więzieniach, protestowali, że mogli Polskę urządzić inaczej. Gdzie oni wtedy byli? Czemu wtedy nie pouczali? Podobnie bardzo niepokoi mnie ta coraz większa wrogość wobec uchodźców, ludzi innych kultur.

Skąd ona się bierze? Dlaczego tak wiele osób tak się zachowuje? Przecież Polacy kiedyś słynęli z gościnności. Mamy nawet przysłowie: gość w dom, Bóg w dom.

– Bo nie jesteśmy za bardzo kulturalnym społeczeństwem. Lubimy przyjmować gości, pod warunkiem że za chwilę wyjadą. Myślę, że polski Kościół nie zdaje w obecnych czasach egzaminu. Papież Franciszek apeluje o przyjmowanie uchodźców, a polski Kościół w ogóle nie zabiera na ten temat głosu. Zamiast przypominać, że potrzebującym należy pomagać, wielu księży dzieli ludzi na lepszych i gorszych. Nie mówię oczywiście o wszystkich księżach, bo jest wielu mądrych i przyzwoitych, ale wśród hierarchów Kościoła widzę wielu zaangażowanych w politykę, a nie w pomaganie innym. Myślę, że w sprawie uchodźców bardziej przyzwoicie zachowuje się Kościół protestancki. Może dlatego, że duchowni protestanccy mają rodziny i prowadzą normalne życie? Celibat w Kościele katolickim nie służy ani samym księżom, ani Kościołowi, który zamiast zająć się sprawami pomocy potrzebującym, nadmierną wagę przywiązuje do spraw seksu czy aborcji. To niepoważne.

Mamy obecnie bardzo głęboki podział społeczny – z jednej strony sympatycy PiS, z drugiej KOD. Pamięta pani takie podziały w Polsce?

– Nie. Zawsze toczyliśmy spory polityczne, ale takiej nienawiści jeszcze nie było. Pamiętam, jak przed wojną w mojej rodzinie toczyły się spory między piłsudczykami i przeciwnikami Piłsudskiego. Mój ojciec nie był piłsudczykiem, a część rodziny ze strony mamy była. Często się sprzeczali, ale nikt nikogo nie obrażał, nie mieszał z błotem ani nie zrywał kontaktów. Nawet w czasach komuny tak nie było. Dla mnie najgorszy okres to czasy stalinowskie. Ojciec [pułkownik AK Aleksander „Wilk” Krzyżanowski] siedział w więzieniu, brat cioteczny z AK też w więzieniu. Co chwila dowiadywaliśmy się o wyrokach śmierci, o zsyłce na Sybir. To były straszne czasy, ale po 1956 r. wszystko się zmieniło, złagodniało, spory nie były tak ostre, a dwoistość życia nie tak okropna. Mieliśmy znajomych, którzy należeli do partii. To była znajomość na dystans, ale nie było takiej niechęci jak dziś. Dlatego zarzucam prezesowi PiS, że wzbudził niespotykaną dla mnie wcześniej agresję wśród społeczeństwa, że dzieli Polaków na lepszych i gorszych, a to dzielenie przenosi się na zwykłych ludzi. Nie podoba mi się to i dlatego byłam na wszystkich manifestacjach Komitetu Obrony Demokracji w Gdańsku. Uważam, że trzeba protestować przeciwko takiemu dzieleniu społeczeństwa.

Co czeka Polskę i Gdańsk? Czy Gdańsk ma szansę stać się nowym centrum Europy?

– Nowym centrum Europy raczej się nie stanie, ale może stać się miastem ważnym i interesującym dla ludzi z zagranicy. Naprawdę bardzo dużo pozytywnych rzeczy się zdarzyło w Gdańsku w ostatnich latach. Miasto jest dobrze zarządzane, rozwija się, udało się władzom pozyskać ogromne unijne fundusze. To wielki sukces! Boję się tylko, że polityka zagraniczna obecnego rządu doprowadzi do tego, że stracimy środki z Unii, a Polska przestanie się liczyć na arenie międzynarodowej. Ten rząd skłóca nas ze wszystkimi sąsiadami i oni w końcu powiedzą: „Mamy was dość, kłóćcie się sami we własnym sosie, nie jesteście pępkiem świata". Boję się, że to, co osiągnęliśmy, zostanie zmarnowane. Dzisiaj, gdy słyszę, co wyprawia minister Gliński w kulturze czy jak wyrzuca się hurtowo ludzi z telewizji po wielu latach pracy, jako żywo przypominają mi się czasy komuny. To zły kierunek.

A w jakim kierunku powinna iść Polska, Gdańsk?

– W kierunku wielokulturowości, po to, by nauczyć się umiejętności współpracy. W takim kierunku szedł Gdańsk przez stulecia i kiedy był wielokulturowy, osiągał największe sukcesy. Obawiam się jednak, że w obecnej sytuacji politycznej w kraju i w Europie Polacy nie są na taką wielokulturowość przygotowani. Jak mają się porozumieć z ludźmi innego wyznania czy rasy, skoro sami ze sobą nie potrafią się dogadać? Nadzieję upatruję w pokoleniu moich wnuków, którzy wychowywali się w wielokulturowym środowisku i mają inne spojrzenie na świat. Jeden z moich wnuków wychowywał się we Francji, mieszka obecnie w Stanach i ma dziewczynę Włoszkę. Gdy go kiedyś zapytałam, kim się czuje – Polakiem, Francuzem czy Amerykaninem, odpowiedział: „Polakiem i Europejczykiem".

*

Olga Krzyżanowska

Lekarka, działaczka społeczna, polityczka. W czasie wojny była harcerką Szarych Szeregów, odznaczona Krzyżem Walecznych. Po wojnie pracowała jako lekarka w różnych szpitalach i przychodniach w Trójmieście. Od 1980 r. działała w „Solidarności", a w 1989 r. została posłanką z ramienia Komitetów Obywatelskich. W parlamencie zasiadała do 2004 r., była wicemarszałkiem Sejmu i senatorem. Należała do Unii Demokratycznej i Unii Wolności, działała w Kongresie Kobiet. Jest córką pułkownika Aleksandra „Wilka” Krzyżanowskiego, komendanta okręgu wileńskiego Armii Krajowej, „żołnierza wyklętego", po wojnie więzionego przez NKWD i UB. Pułkownik zmarł w 1951 r. w więzieniu w Warszawie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.