Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tymczasem są też tacy przedstawiciele nowej imigracji z Europy Wschodniej, którzy odnoszą w Polsce sukcesy, zajmują wysokie stanowiska, uprawiają dobrze płatne zawody, stają się liderami lokalnych społeczności. Czym ich droga różni się od drogi, którą wybierają dziesiątki tysięcy innych imigrantów zarobkowych? Co jest kluczem do sukcesu na polskim rynku pracy? Dlaczego wybierają Gdańsk?

Swoje historie opowiadają gdańszczanki i gdańszczanin z wyboru: Kateryna Brodovska z Ukrainy, Oksana Melnikova z Rosji i Jaugen Safonau z Białorusi.

Dla Polaków Kasia

Kateryna Brodovska, która Polakom pozwala zwracać się do siebie Kasia lub Katarzyna, ma zaledwie 25 lat, ale kiedy się z nią rozmawia, sprawia wrażenie osoby bardzo dojrzałej.

Czytaj także: Ukraińcy o pracy w Polsce. Pracodawców oceniają dobrze, wydają z zarobków niewiele, ale rzadko zamierzają się osiedlić nad Wisłą

Znajomi Ukraińcy wciąż mówią do niej Katia. Wychowała się w miejscowości Biała Cerkiew, niedaleko Kijowa. W ukraińskiej stolicy studiowała na Państwowym Uniwersytecie Pedagogicznym. Z wykształcenia jest nauczycielem języka polskiego i rosyjskiego jako obcego, ale pracuje jako specjalista do spraw logistyki i sprzedaży West Trading w Sopocie. Firma zajmuje się handlem węglem.

Zanim jednak tam trafiła, odbyła bardzo długą drogę. Także zawodową.

– Pięć lat temu byłam na wymianie studenckiej w Krakowie – opowiada Katia. – Z koleżankami przyjechałyśmy na jeden dzień do Gdańska, świętować moje urodziny. Ale od razu coś mnie tutaj ujęło. Kiedy potem miałam wybór między Krakowem i Gdańskiem, wybrałam Gdańsk.

Niedługo po swojej pierwszej wizycie w Gdańsku Katia Brodowska wróciła, tym razem na studia. Od kilku lat Wydział Filologiczny Uniwersytetu Gdańskiego prowadzi Program dla Ukrainy. Dzięki niemu ukraińscy studenci mogą ukończyć studia na wydziale, nie ponosząc wymaganej od obcokrajowców opłaty za naukę. Katia znalazła się w prestiżowym gronie osób, które przeszły nabór do programu.

Potem jeszcze wielokrotnie stawała przed różnymi wyborami. Najtrudniejszym był wybór między pasją, którą dla Kati jest kultura, a pracą w zawodzie, który zapewnia stabilność i bezpieczeństwo finansowe.

Miłość do teatru

Gdańszczanie mogą pamiętać energiczną brunetkę, która z pasją oprowadzała widzów i gości po Teatrze Szekspirowskim.

– W pewnym momencie teatr stał się dla mnie wszystkim – opowiada Katia. – W Teatrze Szekspirowskim robiłam wszystko, zaczynając od sprawdzania biletów, kończąc na pracy w dziale marketingu i edukacji.

Mimo to Kati nie udało się związać z teatrem na stałe. Wyjaśnienie jest proste.

– Kultura się nie opłaca – mówi i lekko się uśmiecha. Budżetowa instytucja kultury po prostu nie była w stanie zaproponować jej odpowiednich warunków pracy.

Czytaj także: Ukraińcy coraz bardziej potrzebni. Zaczynali na budowach, teraz pracują w handlu i gastronomii

Poza teatrem, o którym mówi jak o wielkiej przygodzie, pracowała w kancelarii prawnej i firmie zajmującej się doradztwem finansowym. Od siedmiu lat prowadzi zajęcia z języka polskiego jako obcego – zaczęła jeszcze w czasie studiów w Kijowie. To jedna z rzeczy poza stałą pracą, z której nie potrafi zrezygnować. Zresztą Katia sama przyznaje, że jest pracoholiczką i że to dobrze.

– Każde z tych miejsc, w których pracowałam, coś mi dało – twierdzi. – Każda z tych rzeczy to ważne doświadczenie i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się wszystkie je połączyć i stworzyć coś swojego.

Co to miałoby być? Katia, mimo że rozluźniła swoje więzy z teatrem, nie porzuciła kultury na zawsze.

KAMIL JASINSKI

Po pracy jestem menedżerem Teatru Navpaky, czyli teatru diaspory ukraińskiej w Gdańsku, menedżerem zespołu rockowego z Wrocławia Coolbaba – wymienia. – Współpracuję też z wieloma ukraińskimi teatrami, zespołami i wykonawcami jako menedżer, który pomaga zorganizować wydarzenia w Polsce.

Filolożka w handlu międzynarodowym

Menedżer kultury to jej wymarzony zawód. Obecna praca, która wymaga poznania międzynarodowej logistyki w poważnej firmie handlowej, to okazja, by zdobyć praktyczne doświadczenie. I zarobić pieniądze, bo Katia nie ukrywa, że to dobrze płatna profesja.

W West Trading zajmuje się kontaktem z klientem i czuwa nad procesem dostawy towaru.

– Jestem w pewnym sensie kontrolerem każdej strony – wyjaśnia. – Jesteśmy pośrednikiem, więc muszę kontrolować zarówno dostawcę, od którego kupujemy towar, jak i klienta, do którego towar ma trafić.

Tylko jak to się właściwie stało, że filolożka dostała pracę w firmie zajmującej się handlem? Absolwenci kierunków humanistycznych w Polsce borykają się z wieloma trudnościami, zanim zdołają się odnaleźć na rynku pracy. A i wśród ukraińskich imigrantów nie brakuje osób z wyższym wykształceniem, którzy pracują poniżej swoich kompetencji.

Katia uważa, że w Polsce problem ze znalezieniem pracy nie istnieje. Ale nie można mieć dobrej pracy, jeśli nie zna się płynnie polskiego.

Czytaj także: Gdańsk otworzył biuro we Lwowie. Szuka pracowników, studentów i turystów

Sukces imigrantów z Ukrainy na polskim rynku pracy zależy przede wszystkim od języka. Z wyższym wykształceniem i znajomością języka polskiego znalezienie pracy to nie problem. Jeżeli potrafisz rozmawiać, pisać, a przede wszystkim prowadzić dokumentację w języku polskim, to nie musisz pracować na  zmywaku. A jeśli znasz co najmniej dwa języki, np. polski i angielski, to jesteś rozchwytywanym pracownikiem. Do tego my, Ukraińcy, mamy jeszcze ten dodatkowy kapitał, bo jesteśmy dwujęzyczni, znamy ukraiński i rosyjski.

Samodzielność i społeczny kapitał

Katia dodaje, że oprócz tego ważne są charakter i siła przebicia, ale też wcześniejsze nawyki, w jej przypadku – samodzielność.

– Na Ukrainie kończymy szkołę wcześniej niż młodzież w Polsce. Wyprowadziłam się z domu w wieku 17 lat, od 16. roku życia pracuję. Mając 25 lat, mogę powiedzieć, że już prawie 10 lat jestem samodzielna – podkreśla Katia.

Kateryna podkreśla, że nie pochodzi z bogatej rodziny, nie jest kopciuszkiem, do którego przyszli wróżka i książę, by ją zamienić w piękną królewnę. Ale też nie mówi, że wszystko zawdzięcza tylko sobie. Wymienia wielu ludzi, którzy wspierali ją tutaj, w Gdańsku, kiedyś i wspierają do teraz. Dlatego chce zostać w Trójmieście, bo tutaj przez kilka lat budowała fundamenty pod swoje życie i zdobywała społeczny kapitał. Dostawała już ciekawe propozycje pracy z Warszawy i Wrocławia. Nie potrafi rozstać się z Gdańskiem.

– Spełniłam takie banalne marzenie człowieka, który nie mieszka nad morzem i teraz mieszkam nad morzem, nad które nie chodzę, bo nie mam czasu – śmieje się.

Gdańsk na Święto Zmarłych

Kiedy mąż Oksany Mielnikowej Piotr dostał propozycję pracy w Gdańsku, oboje nie wiedzieli, gdzie to dokładnie jest. Tylko tyle, że w Polsce. Sprawdzili na mapie.

Mąż przyjechał pierwszy, potem dołączyła Oksana z dwójką dzieci – Nikitą i Daszą i dwoma psami. Przyjechali pociągiem z Moskwy przez Warszawę. Wyszedł po nich na stację we Wrzeszczu.

– To był listopad – Oksana wspomina swoje pierwsze spotkanie z Gdańskiem. – Ciemno, zimno i pusto, bo tutaj w Polsce jest to święto…

– Zmarłych – podpowiadam.

– Dokładnie – kontynuuje Oksana. – Sklepy zamknięte, nie można było kupić nic do jedzenia, uratowała nas wtedy Żabka. Mąż prowadził nas przez podwórka, patrzyłam na stare domy i trochę się przeraziłam.

Czytaj także: Młodzi Rosjanie w ECS. Wcześniej nigdy nie słyszeli o "Solidarności"

Od tego czasu minęły niespełna dwa lata. Oksana z mężem wynajęli dom, kupili samochód, ich dzieci chodzą do polskiej szkoły.

Ewakuacja z Syberii

Oksana Mielnikowa urodziła się w Tobolsku, za Uralem. Część dzieciństwa spędziła za kołem podbiegunowym, w Nowym Urengoju. Potem jeszcze kilka przeprowadzek – z powrotem do Tobolska, Tiumień, w końcu Moskwa.

– Uczyłam się na inżyniera automatyzacji, ale jeszcze na studiach zaczęłam pracować w handlu, w dużych koncernach, takich jak Philipp Morris czy Henkel. Moją ostatnią pracą w Rosji była praca w firmie Mars, w Moskwie. Byłam szefową działu merchandisingu, zarządzałam 500-osobowym zespołem. To był awans, przeprowadziliśmy się do Moskwy całą rodziną.

Mąż Oksany pracuje w branży IT. Szybko znalazł posadę w Moskwie, w Gazpromie.

– Wtedy już od dłuższego czasu mieliśmy plan przeprowadzki do Europy – przyznaje Oksana. – Nie szukaliśmy niczego na siłę, czasem przeglądaliśmy oferty. Skupialiśmy się na Niemczech, mąż w Moskwie poszedł się nawet uczyć niemieckiego. Aż pewnego dnia dostał propozycję pracy w firmie Range Soft, obsługującej sektor IT dla jednego z amerykańskich banków. W Gdańsku.

Czytaj także: Nad morze po etat

Wcześniej firma miała bazę w Tomsku na Syberii. Ale po nałożeniu amerykańskich sankcji na Rosję dalsza działalność na jej terytorium była niemożliwa. Oksana mówi, że oddział trzeba było „ewakuować”. Wybór padł na Gdańsk, ale nie wszyscy pracownicy chcieli się przeprowadzić do Polski. W ten sposób powstały wakaty.

Mąż dostał propozycję – mówi Oksana. – Zgodziliśmy się. Po przyjeździe szukałam pracy tutaj, na miejscu – mówi. – Moja firma zaproponowała mi posadę w Warszawie, ale to nie wchodziło w grę. Pomyślałam, że przyszedł czas, żeby coś zmienić. Miałam ścisłe wykształcenie – inżynier automatyzacji. Poszłam więc na studia do Wyższej Szkoły Bankowej, na kierunek Junior Web Developer.

Od handlowca do programistki

Dzięki wiedzy zdobytej na studiach w Rosji nauka nowej profesji nie okazała się trudna. Oksana pracuje jako tester oprogramowania dla firmy informatycznej Validately. Nie ukrywa, że nowy zawód gwarantuje jej dobre zarobki i stawia w jednym rzędzie z innymi specjalistami branży IT, takimi jak jej mąż. Dla ludzi z ich kwalifikacjami Unia Europejska ma specjalną ofertę – niebieską kartę. To karta pobytu na terenie UE, którą otrzymują wysoko wykwalifikowani specjaliści. Pozwala bez problemu zalegalizować pobyt całej rodziny.

KAMIL JASINSKI

Czy tęsknią za Rosją? Czy nie żałują dobrych posad w Moskwie? Dla większości Rosjan to życie, które mieli w stolicy, to marzenie. Na tle Moskwy Gdańsk to prowincjonalne miasto.

– W Rosji często przenosiliśmy się z miejsca na miejsce, dzieci zmieniały szkoły – mówi Oksana. – Nie zapuszczaliśmy korzeni. Myślę, że dlatego łatwo się adaptujemy. Po półtora roku w Gdańsku nasze zarobki osiągnęły ten poziom, który mieliśmy w Moskwie, więc w tym sensie też nie mamy czego żałować. Chociaż znam przypadki osób, które bardzo tęskniły, nie wytrzymały i wróciły do Rosji. Najczęściej to niepracujące żony pracujących mężów.

W Gdańsku Oksanie podobają się szkoła, do której chodzi syn, i przedszkole córki. Dzieci dostają wsparcie w nauce polskiego, szybko nawiązały relacje z rówieśnikami.

Czytaj także: Kolejni repatrianci osiedlili się w Gdańsku

System edukacji jest tutaj inny niż w Rosji i bardzo mi się to podoba – Oksana jest zachwycona publiczną szkołą, do której chodzą jej dzieci.- Stawia się bardziej na umiejętności społeczne, współpracę. Nauczyciele szanują dzieci, traktują jej jak pełnoprawne jednostki. W Rosji jest inaczej. Edukacja dzieci była dla nas tym głównym motywem, kiedy planowaliśmy przeprowadzkę do Europy.

Nie tęsknią za Moskwą

W Gdańsku niczego im nie brakuje. Miasto jest nieduże – zwłaszcza w porównaniu z Moskwą – ale zapewnia wysoki komfort życia i wszystkie wielkomiejskie rozrywki. I jest morze.

A kiedy czegoś nie ma, można to samemu zrobić. Po przyjeździe, zanim znalazła pracę, Oksana założyła gdański klub quizu „60 sekund”, popularnej w Rosji intelektualnej gry zespołowej.

– Wykupiłam franczyzę i zaczęłam organizować klub w Gdańsku. Dopóki nie miałam pracy, chciałam coś robić, żeby nie siedzieć w domu – przyznaje.

Gdańskie quizy „60 sekund” szybko stały się nieformalnymi spotkaniami rosyjskojęzycznej diaspory. Przychodzą nie tylko Rosjanie, ale też Białorusini i Ukraińcy.

Czytaj także: Ile zarabiamy na Pomorzu? Gdańsk przed Gdynią i Sopotem, a pozostałe miasta... [RAPORT]

Poza tym Oksana z rodziną angażują się społecznie. Biorą udział w dniach sąsiadów, współorganizują wydarzenia w Europejskim Centrum Solidarności. Oksana i Piotr uczą się polskiego, chociaż praca od nich tego nie wymaga. Uważają, że otwartość, gotowość na zmiany i umiejętność adaptacji to najważniejsze cechy, które pozwalają znaleźć dla siebie miejsce w innym kraju. Ale gdyby nie specjalistyczny zawód i dobre wykształcenie przeprowadzka do kraju Unii Europejskiej nie byłaby taka prosta.

– Ale Polska nas przyjemnie zaskoczyła. Nie mieliśmy żadnych oczekiwań i to też jest ważne. Myślę, że dlatego jest nam tutaj dobrze.

Białoruski gdańszczanin

Kiedy Jaugen Safonau musiał wymienić według preferencji trzy polskie miasta, w których chciałby studiować, na pierwszym miejscu wpisał Gdańsk. Mieszka tu od 12 lat. Przyjechał jako 20-latek w ramach pierwszej edycji programu stypendialnego im. Konstantego Kalinowskiego. To program polskiego rządu przeznaczony dla studentów z Białorusi, którzy z przyczyn politycznych zostali wyrzuceni z białoruskich uniwersytetów.

– Za udział w akcjach politycznych zostałem relegowany z uniwersytetu. Studiowałem radiofizykę na Białoruskim Uniwersytecie Państwowym w Mińsku – opowiada.

Czytaj także: Kontrowersyjna kampania. Tak firma chce przekonać programistów do pracy w Gdańsku

Inni stypendyści na pierwszych miejscach swojej listy wpisywali zazwyczaj Warszawę albo Kraków. Jaugen wspomina, że na początek stypendium przez kilka tygodni objeżdżali Polskę, poznawali historię i kulturę. Odwiedzali także uniwersytety, które prezentowały swoje możliwości dydaktyczne i naukowe.

Inni wybierali Warszawę i Kraków

– Z moim przyjacielem Andriejem wybraliśmy się w Gdańsku na kajaki, nad morze. W czasie tej jednej doby, którą tu morze tak nas zachwyciło, że stwierdziliśmy, że chcemy tu zostać. Andriej też mieszka w Gdańsku do tej pory.

Jaugen rozpoczął studia informatyczne na Uniwersytecie Gdańskim. Od roku pracuje jako kierownik działu w firmie EPAM Systems. Firmę założył Białorusin, który wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tam pozyskał klientów na usługi informatyczne, które są świadczone z terytoriów innych krajów. Pierwsza była Białoruś, do dzisiaj to największy oddział firmy.

– To była taka wschodnioeuropejska firma outsourcingowa, która urosła do rangi międzynarodowego koncernu, z oddziałami na kilku kontynentach – wyjaśnia Jaugen. – Rok temu dostałem od nich propozycję pracy. Znaleźli mnie przez LinkedIn, a kiedy zobaczyłem, że to białoruski EPAM, od razu postanowiłem zmienić pracę.

Czytaj także: W Polsce wciąż brakuje programistów. Uczelnie nie nadążają z ich kształceniem

Jaugen pracuje jako DevOps, czyli administrator systemu.

- Można powiedzieć, że moje zadanie to budowa systemu z wielkich klocków – wyjaśnia. – Nie programujemy jakichś konkretnych fragmentów, tylko dbamy o funkcjonowanie całego dużego systemu, o jego wydajność. Robię to razem z moim 20-osobowym zespołem, którego jestem kierownikiem.

Ochroniarz i renowator zabytkowych okien

Zanim Jaugen zaczął pracować dla branży IT, miał też inne doświadczenia zawodowe. Na studiach pracował jako ochroniarz, renowował okna w pracowni konserwacji zabytków, pracował w kuchni jednego z gdańskich barów.

Pierwszą firmą technologiczną, do której aplikował, będąc jeszcze na studiach, był Intel.

– Chyba nie umiałem dobrze napisać CV, bo odrzucili moją kandydaturę – śmieje się Jaugen. – Ale kiedy wysłałem drugie CV, do holenderskiej firmy Smart4Aviation, która zajmowała się tworzeniem oprogramowania dla lotnictwa cywilnego, to wzięli mnie od razu.

KAMIL JASINSKI

Kiedy kolejny raz Jaugen zmieniał pracę, wysłał CV do 20 firm. Od 10 dostał zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną, od czterech propozycję pracy.

– Wybrałem irlandzką firmę Kainos, gdzie zdobyłem bardzo dużo doświadczenia.

Wybór zawodu był kluczowym elementem, który zapewnił Jaugenowi sukces. Ma tego pełną świadomość:

Automatyzacja sprawia, że dużo profesji ginie, a rośnie zapotrzebowanie na nauki ścisłe – mówi Jaugen. – Mamy dużo humanistów, ale niewiele miejsc pracy dla nich. Niestety, wydaje mi się, że to w szkole pojawia się strach przed matematyką i fizyką, ludziom się wydaje, że to trudne. Ale w poprzedniej firmie, w której pracowałem, widziałem, że osobę z wykształceniem humanistycznym można w ciągu pół roku dobrego kursu przekwalifikować na inżyniera. Wtedy wiedza humanistyczna staje się dużym plusem, bo nie jest tajemnicą, że informatycy mają czasami problemy z tzw. miękkimi kompetencjami.

Boston albo Kijów

Jaugen nie rozważał nigdy przeprowadzki do innego polskiego miasta, stolica w ogóle go nie interesowała. Ale teraz rozważa wyjazd na kilka lat za granicę.

– Chciałbym zmienić perspektywę, czasem to potrzebne. Rozważam Boston albo Kijów – śmieje się. – Wiem, że to może ta alternatywa dziwnie brzmi, ale wróciłem niedawno z dwutygodniowego wyjazdu biznesowego do Kijowa i jestem zachwycony.

Czytaj także: Trójmiasto zmieni się w wielki plac budowy, a "zagłębie biurowe" w Oliwie zyska poważnego konkurenta

Jaugen zawsze podkreśla, że jest Białorusinem. Równocześnie uważa się, za pełnoprawnego gdańszczanina. Kiedy tu przyjechał, migranci z Europy Wschodniej byli rzadkim zjawiskiem w Polsce. Dzisiaj to spore wyzwanie dla polskich miast i Jaugen uważa, że Gdańsk radzi sobie z nim bardzo dobrze.

– Ludzie tutaj są bardziej otwarci na przyjezdnych. W Gdańsku działa rada migrantów, miasto przygotowało Model Integracji Imigrantów. To są pionierskie inicjatywy, które odpowiadają na wyzwania związane z dużą falą migracji. Jestem pewien, że Gdańsk sobie z nimi poradzi.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.