Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Maciej Dzwonnik: W dziewięciu największych miastach Polski żyje zaledwie 15 proc. obywateli, ale to tam ulokowana jest ponad połowa wszystkich polskich firm. Czy taka dysproporcja między dużymi aglomeracjami a mniejszymi ośrodkami miejskimi to dobre zjawisko?

Prof. dr hab. Grzegorz Gorzelak: – Dysproporcja? To nie jest dysproporcja, tylko naturalne i wręcz pożądane zjawisko. Nie ma takiej możliwości, żeby biznes i firmy lokowały się w całym kraju proporcjonalnie do liczby ludności, po równo w dużych i małych miastach. Bo to, co duże miasto może zaproponować inwestorowi, jest przecież nieporównywalne z tym, co otrzymałby w małym mieście. Mówię tu nie tylko o odpowiednio wykształconych i przygotowanych do pracy kadrach, ale też całej otoczce: infrastrukturze, dostępności usług okołobiznesowych, a także ofercie, jaką dane miasto może przedstawić przyszłym pracownikom. O dysproporcji mówimy wtedy, gdy dane zjawisko odbiega od czegoś, co jest pożądane, zatem w tym przypadku nie ma o tym mowy.

Czyli to dobrze, gdy duża aglomeracja „wysysa” mniejsze miasta z tych kadr i możliwości rozwoju biznesowego?

– Powtórzę, to rzecz zupełnie naturalna, której w dodatku nie wypada demonizować. W kraju borykającym się od lat z ujemnym przyrostem naturalnym, w którym liczba ludności spada z roku na rok, a społeczeństwo systematycznie się starzeje, nie da się tego uniknąć. Warto jednak pracować nad rozwiązaniami, które pomagają utrzymać harmonijny rozwój w aglomeracji i przyległościach, czyli na całym obszarze metropolitalnym.

A co ma powiedzieć Słupsk? To największe miasto w północnej Polsce między Trójmiastem a Szczecinem, które od lat nie może doprosić się chociażby drogi ekspresowej S6.

– Myśli pan, że budowa drogi cokolwiek by w jego sytuacji zmieniła? Jeśli tak, to naprawdę niewiele, a duży biznes nadal lokowałby się w Trójmieście. Co więcej, droga ekspresowa mogłaby przyczynić się do tego, że aglomeracja Trójmiasta jeszcze bardziej by się od niego „oddaliła”, zagarniając część firm i kadr. Słupsk nie jest i nie będzie w stanie konkurować biznesowo z Trójmiastem, musi natomiast znaleźć swój sposób na sukces i zapewnienie dobrobytu mieszkańcom. Ma w pobliżu Ustkę, może powinien kłaść większy nacisk na turystykę? Leżące nieopodal Koszalin i Kołobrzeg nie mają aspiracji konkurowania ze Szczecinem, tylko szukają rozwiązań na miarę swoich możliwości, opierając gospodarkę głównie na turystyce, jak w Kołobrzegu, czy na szkołach wyższych, jak w Koszalinie.

Wspomniał pan, że brakuje w Polsce rozwiązań sprzyjających rozwojowi na obszarach metropolitalnych, ale z uchwalonej w 2015 r. przez rząd PO i PSL ustawy metropolitalnej nic przecież nie wyszło.

– Nie wyszło, bo pomimo tego, że ustawę podpisał prezydent Andrzej Duda, nowy rząd ją skasował. Miała obowiązywać w całym kraju, a jedyne miejsce, gdzie weszła w życie w kształcie zbliżonym do proponowanego, to Śląsk i Zagłębie. Nowoczesna przygotowywała potem podobny projekt dla Poznania, ale on też wypadł z obrad i to po pierwszym czytaniu. Najbliższe wybory zmian w tym względzie też raczej nie przyniosą, bo PiS pewnie nie wygra w żadnym z większych miast, a co za tym idzie, plany wprowadzenia tej ustawy będzie trzeba znów odłożyć na przyszłość.

Szkoda?

– Wielka szkoda, bo dopóki nie powstaną zarządy metropolitalne, które mogłyby racjonalizować relacje między wielkimi miastami a mniejszymi ośrodkami w ich otoczeniu, a następnie prowadzić racjonalną politykę rozwoju i zarządzania obszarami metropolitalnymi, będziemy skazani na dalszy chaos, w którym świadome wyznaczanie miejsc pod zabudowę, rozwój zintegrowanej infrastruktury transportowej czy skoordynowane działania prospołeczne są utrudnione. Dobrze zarządzany obszar metropolitalny niesie korzyści dla obydwu stron, bo wielu osobom spoza miasta centralnego ułatwiłby dostępność do niego i dałby możliwość korzystania z możliwości, jakie daje. I to nie tylko zawodowych, ale także edukacyjnych, kulturalnych, rozrywkowych. Z drugiej strony pozwoliłby mieszkańcom dużych ośrodków na osiedlanie się poza miastem i – przy odpowiedniej infrastrukturze dostępowej – korzystanie z dobrodziejstw wielkiego miasta, co jednocześnie stymulowałoby rozwój obszarów pozamiejskich, chociażby dzięki podatkom i stwarzaniu popytu na miejscowe usługi.

Wyludnianie małych miast i wsi to proces nieunikniony?

– Tak, o ile nadal będziemy mieli w Polsce ujemny przyrost naturalny i znaczący odpływ migracyjny. Tak duża różnica w liczbie firm w dużych i małych miastach, od której zaczęliśmy rozmowę, mogłaby zanikać tylko przy dodatnim przyroście i wzroście liczby ludności. W innym przypadku mało atrakcyjne miejscowości będą się dalej wyludniać. Największe trudności czekają najmniejsze ośrodki, bo będzie w nich zanikać popyt na usługi i to nawet te podstawowe: komunalne, komunikacyjne, opieki zdrowotnej czy edukacji. Te usługi albo wówczas znikną, albo zwiększą się opłaty za korzystanie z nich. W mniejszym stopniu natomiast dotyczy to miast średnich, takich na poziomie 100-250 tys. mieszkańców.

Premier Mateusz Morawiecki wspomina przecież na wiecach w mniejszych miastach, że teraz ich kolej, że państwo zrepolonizuje biznes i stworzy warunki dla dużych zakładów pracy.

– Państwo ma przywracać biznes? To jakaś utopia. W jaki sposób w 15-, czy 20-tysięcznych miejscowościach miałyby powstawać duże zakłady, i to – jak niektórzy obecnie twierdzą – o wysokim poziomie technologicznym? Bez kadr, bez zaplecza naukowego i badawczego? Państwo nie ma tu żadnej roli decyzyjnej i brzmi to trochę jak tęsknota za czasami centralnie sterowanej gospodarki w PRL, tyle że wszyscy pamiętamy, jak się takie działania państwa skończyły. Inwestorzy sami oceniają szanse powodzenia swoich inwestycji i z reguły wybierają duże miasto, gdzie będą mieli większe możliwości. Budowanie państwowych zakładów to wyrzucanie pieniędzy w błoto, tak jak zresztą plan budowy Centralnego Portu Lotniczego między Łodzią a Warszawą. Duże lotnisko to ośrodek biznesowy, proszę zauważyć, że nowe biurowce często lokują się w ich pobliżu. A kto będzie chciał stworzyć zarząd korporacji czy banku w szczerym polu? A jak będą tam na co dzień dojeżdżać tysiące pracowników? Takie plany repolonizacji biznesu i nieracjonalnych decyzji inwestycyjnych przyniosą niestety więcej szkody niż pożytku.

Największe biznesowe ośrodki regionalne w Polsce to Kraków, Wrocław, Poznań i Gdańsk. Jakiego rodzaju inwestorów przyciągają te miasta? Czym kuszą duży biznes?

– Przede wszystkim odpowiednio wykwalifikowanymi kadrami, wyższymi uczelniami, które mogą profilować kierunki względem wymogów dużych inwestorów, a także atrakcyjnością środowiska, oferty kulturalnej, gastronomicznej i rozrywkowej, czyli wszystkim tym, co jest ważne dla twórczych, młodych ludzi z wyższym wykształceniem. Ale to nie wszystko, przyciągają też bliskością innych biznesów, a każda duża firma potrzebuje przecież usług okołobiznesowych: prawników, tłumaczy, obsługi reklamowej i informatycznej, co przekłada się na kompleks usług wysokowyspecjalizowanych. Kiedyś mówiło się o miastach specjalizacji sektorowej, były więc włókiennicze, portowe itd., ale to przeszłość. Teraz ważne są usługi, które się przenikają i przecinają, a taki rynek zapewnia tylko duże, dobrze rozwinięte miasto.

Gdańsk nadal jest miastem portowym, a duża część pomorskiego biznesu jest uzależniona od trójmiejskich portów.

– I bardzo dobrze, bo jak wspominałem w przypadku mniejszych miast, także te większe powinny korzystać ze swoich naturalnych zalet. Usługi okołoportowe, czyli np. spedycja i transport, nie mogłyby przecież rozwijać się w Poznaniu czy Wrocławiu.

A czy zagraniczni inwestorzy nie dyktują zbyt mocno władzom polskich miast swoich warunków? Rynki regionalne konkurują przecież ze sobą, bo duży inwestor w razie kłopotów z umiejscowieniem siedziby może wybrać inne miasto. Przekłada się to potem często na przestrzenny nieład, ogromne korki w biznesowych dzielnicach i kłopoty dla mieszkańców, którzy z nowoczesnym biznesem nie mają nic wspólnego.

– To prawda, dlatego władze dużych polskich miast powinny dążyć do odpowiedniej równowagi swoich zysków i strat. Niestety, często jest tak, że decydując się na szybki zysk – budowę dużego biurowca, która przełoży się na podatki i nowe miejsca pracy – władze nie myślą o tym, jak miasto będzie wyglądać za 10, 20 i 50 lat. Proszę zwrócić uwagę, że dojeżdżając do Wrocławia z którejkolwiek strony, jedyne co widać na horyzoncie to wątpliwej urody Sky Tower. To nie jest kierunek, którym władze miast powinny podążać za wszelką cenę. Dlaczego poza tym polskie budynki są nazywane po angielsku? To świadczy tylko i wyłącznie o naszej prowincjonalności.

W Gdańsku od kilku miesięcy wyróżnia się 180-metrowa Olivia Star, widoczna z niemal każdego zakątka w mieście.

– Im więcej metrów, tym więcej firm, ale proszę zapytać, ile z nich otworzyło w tym budynku swoje laboratoria i centra badawcze, a ile kolejne siedziby usług odtwórczych, takich jak programowanie czy usługi finansowe. Gwarantuję, że tych ostatnich będzie przytłaczająca większość, a władze miast, umożliwiając budowę tak ogromnych budynków, które często naruszają ład urbanistyczny, powinny zagwarantować sobie także odpowiedni dobór późniejszych najemców. Kłopotem dużych ośrodków biznesowych, takich jak warszawski „Mordor” na Służewcu czy właśnie zagłębie biurowe w Gdańsku Oliwie jest to, że wykonuje się tam głównie pracę odtwórczą, a nie innowacyjną. To się sprawdza doraźnie, ale na dłuższą metę dobrze byłoby chociaż próbować odwrócić te proporcje. Polski inżynier czy biolog nie jest gorszy od niemieckiego czy szwedzkiego, więc trzeba dążyć do tego, żeby wraz z tworzeniem zakładów produkcyjnych czy usługowych, lokowane były w naszym kraju także funkcje badawcze i projektowe.

To dobrze, że powstają tak duże parki biurowe jak te na Służewcu i, zachowując proporcje, w Oliwie?

– Z jednej strony to dobrze, bo biznes „lubi” być blisko biznesu, menedżer lubi spotkać się z menedżerem w dobrej, pobliskiej restauracji, a firma przeprowadzić szkolenie nieopodal siedziby. Duże ośrodki biznesowe pobudzają też okoliczny handel i usługi, na pewno działa to więc na plus. Nie można jednak zapominać, że takie ośrodki powinny powstawać w odpowiednim miejscu. Dla Warszawy dobrze się stało, że „Mordor” powstał w pół drogi między lotniskiem a centrum, gdzie z kolei ulokowana jest druga połowa stołecznego biznesu. W mniejszych, ale wciąż dużych w skali kraju miastach trzeba z lokalizacją takich parków biurowych nieco bardziej uważać, bo choć wyrzucanie biznesu na przedmieścia mogłoby się okazać strzałem w stopę, to jednak zbyt gęsta zabudowa biurowa w sąsiedztwie centrum może spowodować wiele napięć. Poza tym nadmierne zagęszczenie powoduje, że niektórzy inwestorzy i tak uciekają z takich miejsc, co widać już na Służewcu, gdzie skala racjonalności została przekroczona, a infrastruktura potrzebna do obsługi tej koncentracji biznesowej nie została należycie rozwinięta. Władze innych, dużych miast w Polsce powinny o tym pamiętać.

PROF. ZW. DR HAB. GRZEGORZ GORZELAK – Urodził się w Łodzi w 1949 r., mieszka w Warszawie. Jest profesorem nauk ekonomicznych, specjalizuje się w problematyce rozwoju regionalnego i lokalnego, polityce regionalnej i gospodarce przestrzennej. W latach 1996-2016 był dyrektorem Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych (EUROREG) Uniwersytetu Warszawskiego. Jest twórcą i redaktorem naczelnym kwartalnika „Studia Regionalne i Lokalne”. Do roku 2017 był przewodniczącym zarządu stowarzyszenia Regional Studies Association – Sekcja Polska.

Na jego dorobek składa się m.in. autorstwo i redakcja ponad 60 książek oraz ponad 260 artykułów i rozdziałów w książkach, publikowanych też za granicą. Współpracował z agendami rządowymi oraz samorządami lokalnymi i regionalnymi w Polsce i na Ukrainie, a także z wieloma instytucjami międzynarodowymi (m.in. Bank Światowy, Komisja Europejska, OECD, Open Society Institute). Wykładał na uniwersytetach zagranicznych, koordynował wiele projektów badawczych – krajowych i międzynarodowych. W czerwcu 2016 r. został odznaczony przez prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, ale w kwietniu 2018 r. zwrócił go prezydentowi argumentując, że prezydent, łamiąc Konstytucję RP, sprawuje swój urząd w sposób niegodny.

SMART METROPOLIA 2018

W dniach 20-21 września w AmberExpo Gdańsk odbędzie się kolejna edycja konferencji Smart Metropolia. W programie m.in. debata pt. „Metropolie wspólna sprawa” (20 września, godz. 10). Czy metropolie rzeczywiście są zagrożeniem dla małych i średnich miast? Jak odpowiedzieć na oczekiwania mieszkańców miast, które dynamicznie się zmieniają? Czy chcemy gonić za dużymi metropoliami Europy, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Wśród uczestników tegorocznej konferencji jest prof. Grzegorz Gorzelak, który drugiego dnia imprezy (21 września, godz. 9.30) wygłosi wykład pt. „Między globalizacją a lokalnością – synergia i konflikty w metropolii”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.