Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Paweł Adamowicz nigdy nie poruszał się z ochroną, nie miał tłumu asystentów. Od rana do nocy chodził po ulicach Gdańska, bywał wśród ludzi. Jego regularnych spotkań z mieszkańcami nie obstawiała straż miejska ani firmy ochroniarskie. Dla każdego średnio rozgarniętego mieszkańca Gdańska znalezienie okazji, by zbliżyć się do Adamowicza na odległość podania ręki (lub ataku nożem), nie było problemem.

On sam kontaktów z nieznanymi nie unikał. Nie tylko w kampanii wyborczej, gdy codziennie rano rozdawał drożdżówki z budyniem na dworcach, skrzyżowaniach, przystankach tramwajowych. Także na co dzień spotkanie z nim nie było problemem - wystarczyło wejść na jego Facebooka czy przejrzeć kalendarz prezydenta na stronie magistratu. Podejść, podać rękę, zamienić słowo, czasem usłyszeć „proszę napisać na messendżerze, tam sam odbieram wiadomości, odpowiem”.

Zaplanowany atak nożownika

Ostatni rok był dla niego prawdziwym roller-coasterem. Wiele osób na jego dalszej karierze w magistracie stawiało krzyżyk. Spodziewali się, że Adamowicza, obciążonego kolejnym atakiem kontrolowanej przez PiS prokuratury, rozjedzie Jarosław Wałęsa, kandydat PO, młody, znany, z doświadczeniem w Parlamencie Europejskim. Szybko okazało się jednak, że najwięcej energii, najwięcej świeżości, najwięcej ciekawych pomysłów miał nie 42-letni Wałęsa czy 30-letni Kacper Płażyński z PiS, a właśnie 53-letni Adamowicz. Tempem prowadzonej przez 18 godzin na dobę kampanii, pozytywną energią i zgranym zespołem współpracowników bez problemów pokonał młodszych konkurentów.

Akt zgonu, który wystawiła Adamowiczowi Młodzież WszechpolskaAkt zgonu, który wystawiła Adamowiczowi Młodzież Wszechpolska Młodzież Wszechpolska

Po intensywnych wyborach dopiął koalicję w radzie miasta z PO, a potem wyjechał z żoną i córkami na planowany od dawna urlop w Stanach Zjednoczonych. Znajomi dodają: najdłuższy urlop podczas całej 20-letniej prezydentury. Rodzina została poza Gdańskiem dłużej, on wrócił do pracy przed tygodniem. Od razu na pełnych obrotach - przykładem choćby ta niedziela.

Tradycyjnie wcielił się w rolę wolontariusza WOŚP - przez parę godzin chodził po Gdańsku i zbierał pieniądze do puszki (pod wieczór zdążył pochwalić się na Facebooku, że zebrał kwotę 5613,11 zł). Potem przemawiał pod Sądem Okręgowym w Gdańsku, gdzie co niedzielę zbierają się obrońcy Konstytucji - m.in. Obywatele RP. To ważny gest - kiedyś bywały tam tłumy, dzisiaj jest garstka, dla której obecność prezydenta to rzecz bardzo ważna. Także to wydarzenie dokumentował zdjęciem na Facebooku, na którym był bardzo aktywny. Wieczorem, zgodnie z zapowiedziami, przyjechał na gdański finał Orkiestry, na Targ Węglowy, gdzie o godz. 20 zapalane jest światełko do nieba.

Tam został zaatakowany nożem przez 27-letniego Stefana W., kryminalistę, który ma na koncie napady na bank. Swój atak musiał planować na chłodno - wiedział, że w momencie odliczania na scenie będzie głośno, będzie zamieszanie, trudno będzie się od razu zorientować, że wydarzyło się coś złego. Wiedział, kogo chce zaatakować. Wiedział, czym zaatakuje. Zaplanował, jak dostanie się na scenę. To zresztą pewna zagadka: była to impreza masowa, pod sceną były służby porządkowe, nie były jednak one przeszkodą dla napastnika.

Adamowicz był obiektem seansów nienawiści

Jakie Stefan W. miał motywy? Krzyczał ze sceny, że niewinnie wsadzono go do więzienia za czasów Platformy Obywatelskiej. Wiele osób komentuje w sieci już teraz z pewnością: mówił o PO, więc motyw ataku jest polityczny. Inni wyrokują: to raczej wygląda na kłopoty psychiczne. Ale możliwości jest przecież więcej - obie rzeczy często idą ze sobą w parze. Rozkręcane w mediach seanse nienawiści rozkręcają tysiące do plucia jadem w sieci. Dla niektórych taka dawka nienawiści może wywołać znacznie mocniejszy skutek - klawiaturę zamieniają na pałkę, pistolet czy nóż.

I tutaj przechodzimy do sedna: Adamowicz obiektem takich seansów nienawiści był od kilku lat. A wśród polskich samorządowców był politykiem najchętniej atakowanym. Jarosław Kaczyński i jego ludzie to widzieli i na pewno to akceptowali.

Był więc Adamowicz Niemcem. Oskarżano go o to, że nie jest Polakiem, bo sprzeciwiał się apelowi smoleńskiemu podczas upamiętnienia rocznicy wybuchu wojny na Westerplatte. Kaczyński przekonywał, że Muzeum II Wojny Światowej, którego Adamowicz bronił, miało niepolski program. Posłanka Pawłowicz bredziła w sieci o Niemieckiej Republice Gdańsk. Ba, nawet upamiętnienie noblisty Guentera Grassa było wykorzystywane do politycznych ataków na prezydenta i jego ludzi.

Był Adamowicz złodziejem. Dorobił się dużego majątku, popełnił błąd w oświadczeniach majątkowych. Podobnych spraw wśród polityków było więcej. Ale akurat to on stał się wygodnym chłopcem do bicia. Sprawy ciągną się od lat, raz umarzane, raz wznawiane. Trudno nie odnieść wrażenia, że ten wieczny stan „półoskarżenia” był dla przeciwników politycznych najbardziej komfortowym rozwiązaniem, bo jako przeciwnika mieli „aferała”.

Był także homopropagatorem i deprawatorem dzieci. Dlatego, że poszedł w tęczowym Marszu Równości. Dlatego, że pozwala na to, by w Gdańsku realizowano program edukacji seksualnej. Dlatego, że przekonuje, że inna orientacja seksualna nie jest chorobą.

Był komunistą. Bo walczył w sądzie o to, by ul. Dąbrowszczaków nie zmieniać na ul. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Był mafiozą. Opowiadano wyssane z palca bzdury o potajemnych spotkaniach z Marcinem P., założycielem Amber Gold. Dopatrywano się jego udziału w stworzeniu tej oszukańczej firmy. Ciągnięcie samolotu po płycie gdańskiej lotniska - akcji promocyjnej jakich wiele - miało być osobistym wsparciem dla OLT Express, firmy Marcina P.

Był unijną marionetką. W 2017 r. Młodzież Wszechpolska wystawiła mu „akt zgonu” w imieniu „Narodu Polskiego”, bo wspólnie z innymi prezydentami podpisał dokument ws. migracji. Dla narodowców dokument był zaproszeniem dla uchodźców. Dla prokuratury takie akty zgonu to igraszki - sprawa została umorzona. Zresztą Adamowicz o uchodźcach mówił nieraz, mówił otwarcie o pomaganiu, nie bał się ich. W Polsce lał się za to na niego hejt, za granicą docenił go papież Franciszek.

Był obrońcą układu. Gdy regularnie przychodził na wiece w obronie sądów i konstytucji. Gdy przeciwstawiał się demolowaniu polskiego systemu prawnego przez Zbigniewa Ziobrę i Stanisława Piotrowicza.

Był w końcu chuliganem, napastnikiem. Awanturnicy z Młodzieży Wszechpolskiej próbowali przerwać spotkanie z Adamem Michnikiem, naczelnym „Wyborczej”. Gdy w jego obronie stanął Adamowicz, okazało się, że to on jest winny naruszenia nietykalności cielesnej napastników!

Mieszanka tych oskarżeń była komponowana w ostatnich latach na tysiące sposobów. Szczególnie haniebną role w tym procesie odegrała rządzona przez Jacka Kurskiego  TVP. Tam nie marnowano żadnej okazji  do ataku - czy chodziło o obchody 30-lecia Trybunału Konstytucyjnego, czy awarii przepompowni ścieków, czy kolejną wizytę CBA w urzędzie miejskim (tradycyjnie z tych wizyt niewiele wynikało). Byli w gdańskiej redakcji TVP dziennikarze, których - zdawało się tak - jedynym celem było prowokowanie i oczernianie Adamowicza.

Nie uchroniliśmy Adamowicza przed zagrożeniem

Mierząc się z takim atakiem, wielu poddałoby się, powiedziało: wysiadam, nie chcę już być prezydentem. Adamowicza to jednak wzmacniało i wyostrzało. Ostatnia kadencja była zdecydowanie najlepszą. Kiedyś przezywany „Budyniem” za brak wyrazistości, w wieku 50 lat stał się rasowym, zdecydowanym politykiem. Świetnie przemawiającym na wiecach, budzącym emocje, ożywczym uczestnikiem debat i tych na żywo, i tych na Facebooku. Jasno mówiącym, że białe jest białe, a czarne to czarne.

Napastnik po ataku krzyczał o Platformie, choć Adamowicz od 2015 r. politykiem tej partii nie jest. Ale to też jest charakterystyczne, bo Adamowicz jest bardziej platformerski niż setki innych nijakich platformersów. Przynajmniej, gdy myślimy o tej partii jako o nowoczesnej europejskiej chadecji - z jednej strony szanującej tradycyjne wartości, z drugiej strony nastawionej na otwartość, tolerancję, współpracę.

I o ile Adamowicz ataki znosił, to wylewane z ekranów telewizyjnych wiadra jadu gdzieś musiały osiadać. Widać je było na forach, ale być może w niektórych głowach dojrzewał dzięki nim plan rozwiązań radykalnych.

Debata, nawet ostra, w polityce to normalność. Granicę cywilizowanej debaty przekroczono w stosunku do Adamowicza jednak wielokrotnie. A żaden polityk nie ma tak grubej skóry, że nie przebije jej nóż.

Czy można było zapobiec atakowi? Nie wiem, ale wiem, że nie zrobiliśmy praktycznie nic, by uświadomić sobie, że taki tragiczny scenariusz jest możliwy. I próbować Adamowicza przez tym zagrożeniem uchronić.

Kontakt: mikolaj.chrzan@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.