Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Stefan W. po zadaniu śmiertelnych ciosów nie został przewieziony od razu do aresztu, tylko do szpitala. Miał atak drgawkowy, był ranny. – Miał złamany nos i uraz ręki. Obrażenia otrzymał prawdopodobnie jeszcze na scenie w chwili, gdy był obezwładniany, a być może także przy sprowadzaniu go z podestu – powiedział nam jeden ze śledczych.

Stefan W. doprowadzany do prokuratury. Gdańsk, 14 stycznia 2019Stefan W. doprowadzany do prokuratury. Gdańsk, 14 stycznia 2019 Fot. Wojciech Strożyk/Reporter

CZYTAJ TAKŻE: Gdańszczanie i gdańszczanki pogrążone w żałobie. Żegnają swojego prezydenta

Mężczyznę w eskorcie policji przywieziono do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Szpitalu Wojewódzkim w Gdańsku ok. godz. 21.30, a więc półtorej godziny po ataku. Miał pamiętać całe zdarzenie, ale nie chciał podawać szczegółów ani policjantom, ani lekarzom. Śledczym miał też przekazywać sprzeczne komunikaty co do swojego miejsca zamieszkania – raz mówił, że jest bezdomny, a potem, że nie pamięta ani swojego adresu zamieszkania, ani aktualnej daty. Badania wykazały, że był trzeźwy i nie był pod wpływem środków odurzających.

Wypisano go ok. godz. 2 nad ranem. Z SOR-u został przewieziony do Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego na tzw. Srebrzysku w Gdańsku, gdzie po konsultacji z lekarzem przetransportowano go do policyjnego pomieszczenia dla zatrzymanych. W poniedziałek rano przyjechał na przesłuchanie do prokuratury.

Napadał na SKOK-i

Jak udało się ustalić „Wyborczej”, Stefan W. w maju 2014 r. został skazany na 5,5 roku więzienia za napady na placówki SKOK-ów w Gdańsku przy ul. Bora-Komorowskiego, Kołobrzeskiej i Dmowskiego, a także na bank Crédit Agricole przy ul. Jana Pawła II. Były to rabunki z bronią w ręku, napastnik za każdym razem wykorzystywał moment, gdy w środku nie było klientów. Wyciągał wtedy zza pasa spodni broń (rewolwer na naboje hukowe albo wiatrówkę na śrut), zastraszał personel i zabierał z kasy pieniądze. Ukradł niewiele, w sumie ok. 15 tys. zł.

Wpadł po ostatnim napadzie, gdy policjanci zorganizowali na niego obławę na gdańskiej Zaspie. Odzyskali tylko 2,5 tys. zł z ostatniego napadu, resztę Stefan W. wydał m.in. na wycieczkę na Wyspy Kanaryjskie, granie w kasynach i wizyty w restauracjach. Zdjęciami z wycieczki chwalił się na portalach społecznościowych, a po mieście chodził w tych samych przeciwsłonecznych okularach, w których dokonywał napadów. O tym, jak powinien wyglądać rabunek, dowiedział się z filmów. – Jego zachowanie przypominało sceny z klasycznych filmów gangsterskich – przyznał, uzasadniając wyrok, sędzia Radomir Boguszewski.

Stefan W. podczas napadu na gdański SKOK w 2013 rStefan W. podczas napadu na gdański SKOK w 2013 r Policja

CZYTAJ TAKŻE: Gdańsk żegna prezydenta Adamowicza

Stefan W. wyszedł na wolność na początku grudnia 2018 r., bo na poczet kary wliczono mu czas spędzony w areszcie od czerwca 2013 r. Nieco ponad miesiąc po wyjściu z więzienia pojawił się z 15-centymetrowym nożem wojskowym na scenie WOŚP i zaatakował prezydenta Adamowicza.

Według naszych informacji Stefan W. od wielu lat miał problemy psychiczne. Nieoficjalnie, już jako nastolatek, pojawiał się na konsultacjach psychiatrycznych w jednym z gdańskich szpitali. Zanim dokonał napadów i został skazany, miał się przechwalać koledze, że chce się zmierzyć w lesie z dzikiem i umieścić nagranie na YouTubie. Podczas odsiadki stan jego zdrowia psychicznego konsultowali lekarze w zakładzie karnym w Szczecinie (wyrok odsiadywał w Malborku), gdzie spędził na obserwacji kilka miesięcy w 2016 r. Według informacji Wirtualnej Polski zdiagnozowano u niego wtedy schizofrenię paranoidalną i rozpoczęto terapię lekową.

Terapię przerwano

Mimo że jako więzień Stefan W. zachowywał się na tyle niestabilnie emocjonalnie, iż izolowano go od innych skazanych, terapię przerwano, bo pacjent odmówił dalszego przyjmowania leków (miał być już wtedy w lepszym stanie psychicznym).

Informacje o schorzeniach psychicznych napastnika potwierdził w poniedziałek wiceszef MSWiA Jarosław Zieliński. – Takich szaleńców może wśród nas się trochę pojawić, ludzi niezrównoważonych. Z tego, co już wiemy, to właśnie ten przypadek też jest taki – mówił Zieliński na konferencji prasowej.

Napastnikowi w poniedziałek po południu postawiono zarzut z art. 148 paragraf 2 kodeksu karnego, czyli zabójstwa z motywu zasługującego na szczególne potępienie. Grozi mu wyrok nie krótszy niż 12 lat, a maksymalna kara to dożywocie.

W 2014 r. Stefan W. po zapadnięciu wyroku za napady nie wyraził skruchy ani nie przeprosił. Nie chciał też składać wyjaśnień przed sądem. W prokuraturze stwierdził jedynie, że „chciał mieć pieniądze, których nie potrafił zarobić”. Ale nigdy nie pracował, przez całe życie pozostawał na utrzymaniu rodziny.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.