Smołowane drewno, ciężkie, płócienne żagle, liny z konopi - na tym żaglowcu niemal wszystko jest takie jak w XVIII w. Siła tradycji na szczęście ominęła kambuz, więc szkorbut marynarzom nie grozi. Dieta jest urozmaicona, a słodkiej wody się nie reglamentuje. By zobaczyć, jak wygląda rejs jedną z najbardziej imponujących replik dawnych żaglowców, dołączyłem do załogi szwedzkiej fregaty "Götheborg". Zostałem majtkiem.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Jesteś w żółtej wachcie – pogodnym głosem informuje mnie siedząca za stołem dziewczyna, której przed chwilą podałem imię i nazwisko.

– Przydzielacie do wacht według koloru koszulek? – uśmiecham się, wskazując na swoje żółte polo.

– Tak chciał los. Ale uwierz mi, lepiej trafić nie mogłeś. Midship to najlepsza wachta. Zobaczysz – zapewnia, kiwając przy tym głową, jakby chcąc dać dodatkową rękojmię.

Muszę uwierzyć jej na słowo. Na dłuższe wyjaśnienia nie ma czasu, bo za moimi plecami na przydział czekają kolejni nowi załoganci. Z kartonowego pudełka w rogu pokoju biorę żółtą chustę, przewiązuję ją sobie na szyi i – oznaczony niczym harcerz – zajmuję miejsce na tyłach sali konferencyjnej. Jesteśmy na poddaszu hotelu w sercu Helsingborga. To tu wyznaczono miejsce zbiórki załogi, która na pokładzie „Götheborga" popłynie w rejs do Helsinek. Szwedzki żaglowiec tydzień wcześniej wyruszył z macierzystego portu w długą eskapadę do Chin – śladami swojego XVIII-wiecznego pierwowzoru. Zanim weźmie kurs na Daleki Wschód, odbywa tournée po Bałtyku. W etapie z Helsingborga do stolicy Finlandii szwedzkim żeglarzom pomoże majtek z Polski. A przynajmniej będzie się starał nie przeszkadzać.

Siedzimy w półkolu. Kilkadziesiąt osób w różnokolorowych chustach – czerwonych, zielonych i żółtych. Rozstrzał wiekowy od studenta do seniora, chociaż dominują dwudziesto- i trzydziestolatkowie. Na przekór stereotypowi matrosa jest też sporo pań. W oczekiwaniu, aż ze statku zejdzie poprzednia załoga, słuchamy prezentacji, które mają wprowadzić nas w temat. Jest słowo od kapitana, pierwszego oficera, mechaników, bosmanki, kucharza. Głos zabiera główny organizator wyprawy, a nawet rzeczniczka prasowa. Wszyscy mówią ciekawe, miejscami zabawne rzeczy, lecz myśli przyszłych pogromców Bałtyku wydają się dryfować daleko poza hotelowe mury.

Spoglądam na moich nowych współtowarzyszy – większość ma wyraz twarzy dziecka czekającego na pierwszą gwiazdkę. Wszyscy chcemy już pójść na „Götheborga". Zobaczyć, jak będziemy żyć przez najbliższy tydzień. Gdy wreszcie nadchodzi ten moment, chwytamy bagaże pozostawione przy hotelowej recepcji i dziarskim krokiem maszerujemy w kierunku portu. Po drodze ze słowiańską otwartością przedstawiam się idącym obok dwóm ludziom w żółtych chustach. Niklas, wysoki, długowłosy blondyn, jest bibliotekarzem z Göteborga, a Anders prowadzi firmę poligraficzną. Gdy informacja o możliwości zaciągnięcia się do załogi wyświetliła mu się na Facebooku, nie zastanawiał się długo.

– Zawsze marzyłem, by popłynąć tym żaglowcem, ale nie przypuszczałem, że może to zrobić ktoś z zewnątrz. Dwa dni temu wysłałem e-mail z pytaniem, czy są jeszcze miejsca. Odpowiedź przyszła kilka minut później. Wpłaciłem należną kwotę, spakowałem się i przyjechałem – opowiada z ekscytacją.

Nasza rozmowa urywa się, gdy mijamy róg nowoczesnego budynku stojącego na nabrzeżu. W jego szklanej fasadzie odbijają się strzeliste, drewniane maszty i reje. Cumujący przy kei „Götheborg" wita nas imponującą, żółto-niebieską rufą z dwoma rzędami okien, rzeźbami i zdobieniami. Na flagsztoku leniwie powiewa ogromna bandera Szwecji. Widok fregaty jakby żywcem przeniesionej w czasie o trzy stulecia robi piorunujące wrażenie. Już gdy się wchodzi po trapie, w powietrzu czuć silną woń drewna i smoły.

– Wspaniały zapach… – mimowolnie szepczę, wciągając głęboko powietrze.

– Wspaniały? Jeszcze wyjdzie ci bokiem. Ja już przestałem go czuć. Ty też się szybko przyzwyczaisz. Przesiąkną nim twoje wszystkie ubrania i jeszcze kilka dni po zejściu ze statku będziesz pachniał ogniskiem – śmieje się oficer podejmujący nas na statku.

Stąpając po wąskich, stromych schodach, niepewnie, gęsiego, kierujemy się dwa poziomy w dół, do kubryka na śródokręciu. Od miejsca, w którym się znajduje, wzięła się nazwa naszej wachty – midship. Nazwy dwóch pozostałych wacht mają tę samą, topograficzną proweniencję: portside to ci, którzy mieszkają po lewej, a starbord – po prawej burcie.

– To wasz nowy dom – z dumą oznajmia starszy naszej wachty, zakreślając ramieniem koło w powietrzu. Dave Farrall, Kanadyjczyk o urodzie filmowego amanta, ma ogromne żeglarskie doświadczenie. Zdobył je, służąc na amerykańskich, holenderskich i norweskich żaglowcach. Na koncie ma też rejs dookoła świata na kanadyjskim barku „Picton Castle".

Starszy wachty - Kanadyjczyk Dave Farral
Starszy wachty - Kanadyjczyk Dave Farral  Fot. Krzysztof Romański

Kubryk, w którym ma się zadomowić 13 osób, jest wielkości małej kawalerki. Wzdłuż jednej ściany ciągną się piętrowe koje przysłaniane kotarami. Na środku z podłogi wyrastają dwa stoły, a po obu ich stronach bakisty, w których upychamy zawartość naszych toreb. Starszy wachty jak nauczyciel w szkole sprawdza obecność i wyczytuje przypisane do naszych nazwisk numery. Mnie przypada numer 43. Rozglądam się po kubryku, ale miejsca do leżenia oznaczonego w ten sposób nie znajduję.

– Nie ma – potwierdza Dave. Koje są tylko dla numerów od 36 do 41. Dla reszty są hamaki – tłumaczy.

A niech to, przeklinam w duchu. Jedna noc w hamaku byłaby ciekawa, ale siedem? Nici z szybkiej drzemki między wachtami. To będzie bardzo długi rejs…

***

Pierwsze godziny na statku upływają nam na aklimatyzacji. Poznajemy wszystkie zakamarki na pokładzie i pod nim, przechodzimy szkolenie w zakresie bezpieczeństwa, odbywamy próbne alarmy, pierwszy raz wchodzimy na maszty. Każdy z nas dostaje własny strój roboczy – spodnie i wkładaną przez głowę bluzę z granatowego drelichu, dwa ciemnoniebieskie T-shirty z logotypem „Götheborga" oraz zestaw na deszcz – pomarańczowe gumowe spodnie i sztormiak. Mamy obowiązek nosić się w ten sposób podczas wacht. Stałym elementem ubioru każdego załoganta są też otrzymane wcześniej chusty.

W pierwszej wolnej chwili Dave zabiera nas z powrotem do kubryku. Siadamy przy stołach i po kolei mówimy kilka zdań o sobie. Okazuje się, że nie jestem jedynym obcokrajowcem w wachcie – jest jeszcze czworo Finów. Leena przez całe życie pracowała jako księgowa. Po przejściu na emeryturę postanowiła próbować nowych rzeczy, na które dotąd nie miała czasu, i tak trafiła na żaglowce – najpierw pływała w Finlandii, a teraz przesiadła się na „Götheborga". Kaari również jest na emeryturze, ale o wygodnych kapciach i telewizorze nie chce nawet słyszeć. Smukłą sylwetkę zawdzięcza tańcowi, który uwielbia. Niegdyś brylował na parkietach, dziś raczej skupia się na sędziowaniu międzynarodowych konkursów, czasem także w Polsce. Ubolewa, że polityka jego ekspracodawcy – japońskiej firmy produkującej radary okrętowe – nie pozwala na pracę osobom, które skończą 65 lat. Pochodzący z Helsinek Mikko pracuje w biurze, a zakochany w żaglowcach Jimmy jest zatrudniony w muzeum morskim w Mariehamn. Opiekuje się czteromasztowym barkiem „Pommern" – jednym z niewielu zachowanych do naszych czasów windjammerów – z ciekawością podpatruje więc rozwiązania stosowane na „Götheborgu".

Moi pozostali druhowie z żółtej wachty to poddani króla Szwecji. Oprócz wspomnianych wcześniej Niklasa i Andersa są jeszcze Joel, posiadacz bujnej brody zaplatanej w warkocz, były nauczyciel, który wybrał życie z dala od tablicy, Hanna, psycholożka, która na pokład trafiła w nagrodę za wygrany konkurs na Instagramie, wychowana w Kanadzie Astrid, która na studia wróciła do Göteborga, projektant mebli Johannes, lubująca się w szybkiej jeździe na motocyklach Anna, stateczny tata Jonas, trzymający się nieco z boku Kim oraz asystentka starszego wachty Johanna, na co dzień pływająca na lodołamaczach. Powiedzieć o takiej grupie mieszanka wybuchowa to jak nic nie powiedzieć.  

***

Był 12 września 1745 r. Do portu w Göteborgu po trwającej ponad dwa lata wyprawie wracał trzymasztowy żaglowiec. Jego ładownie były wypełnione drogocennymi towarami z Chin – jedwabiem, porcelaną i herbatą. „Götheborg" – flagowa jednostka Szwedzkiej Kompanii Wschodnioindyjskiej (Svenska Ostindiska Companiet) – który do służby wszedł w 1738 r., kończył swój trzeci rejs do Azji. Na nabrzeżu oczekiwały tłumy – stęsknione żony, wysocy urzędnicy oraz setki ciekawskich. I nagle stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Statek gwałtownie zszedł z kursu i z hukiem uderzył w podwodną skałę Knipla Börö, której istnienie i lokalizacja nie były dla nikogo tajemnicą. Na pewno wiedział też o niej doświadczony pilot, obecny tego dnia na mostku. Mimo słonecznej aury i doskonałych warunków nawigacyjnych doszło do katastrofy, której przyczyny do dziś nie są jasne. Żaglowiec za rufą miał ponad 35 tys. mil. Do bezpiecznego portu zabrakło mu… 900 m. Przez dziury w rozerwanym poszyciu do wnętrza kadłuba szybko dostała się woda. Dumna fregata nabrała przechyłu i zaczęła znikać w odmętach Kattegatu. Nie od razu poszła na dno. Podtopiony wrak i kikuty jego masztów jeszcze przez kilka lat sterczały w tym miejscu jak ponury relikt morskiej katastrofy. Wszystkich członków załogi i dużą część ładunku udało się uratować. Zginęły za to dzienniki pokładowe, co niektórym historykom każe przypuszczać, że wypadek nie był przypadkowy. Istnieją teorie wedle których „Götheborg" poszedł na dno, by uniknąć zapłacenia podatków od przewożonych towarów. Jak było naprawdę, chyba już nigdy się nie dowiemy.

Fregata Gotheborg pod żaglami
Fregata Gotheborg pod żaglami  Fot. Krzysztof Romański

Współczesny „Götheborg" jest repliką tamtego feralnego żaglowca. Na pomysł jego budowy wpadła grupa nurków, która odnalazła wrak w 1984 r. Coś, co z początku wydawało się mrzonką kilku szalonych idealistów, zaczęło się materializować. Powołano fundację pod historyczną nazwą Svenska Ostindiska Companiet (SOIC). Do koncepcji przekonywało się coraz więcej osób i firm. Miasto przekazało tereny na stocznię, przedsięwzięcie finansowo i barterowo wspierały szwedzkie przedsiębiorstwa, m.in. Stena Line i Volvo. Pomagali też oczywiście wolontariusze. W 1995 r. ruszyła budowa. Trwała niemal dekadę – o wiele dłużej niż stworzenie oryginału ponad dwa wieki wcześniej. Budowniczym jednak nie zależało na czasie. Przede wszystkim chodziło o wierność odtworzenia pierwowzoru. Przy rekonstrukcji stosowano metody i surowce jak najbardziej zbliżone do XVIII-wiecznych. Długo poszukiwano drewna o właściwej jakości i wieku. Odpowiednie dęby znaleziono dopiero w Niemczech i Polsce. Trzeba też było sporządzić projekt wykonawczy, bazując jedynie na rycinach i archiwalnych dokumentach przewozowych. Sporo czasu zajęła sama nauka techniki szkutniczej sprzed wieków. Ciekawostką jest to, że nawet gwoździe używane do budowy były tworzone ręcznie, tak jak to drzewiej bywało. Podobnie jak konopne liny i żagle z prawdziwego płótna. Statek jest oczywiście wyposażony w zdobycze nowoczesnej technologii – radary, radiostację, system GPS czy silnik Volvo o mocy 1100 koni mechanicznych. Bez tego nie byłoby mowy o uzyskaniu certyfikatów bezpieczeństwa wymaganych współcześnie.

6 lipca 2003 r. uroczyście zwodowano kadłub, a ceremonię zaszczycili swą obecnością członkowie szwedzkiej rodziny królewskiej. „Götheborg" ostatecznie wszedł do służby w 2005 r. i zaraz wziął kurs na Daleki Wschód – do Chin. Dziewicza, trwająca dwa lata podróż miała wymiar symboliczny – była kopią handlowej trasy pierwowzoru. Obecny rejs do Azji ma być powtórką sukcesu sprzed 15 lat.

***

Tłumy mieszkańców Helsingborga przybyły na nabrzeże, by pożegnać naszą fregatę. Wysoki, obły kadłub odciągany jest od kei siłą holownika. Załoga stała – kapitan, oficerowie, ekipa bosmańska i maszynowa – są ubrani w stroje z epoki. My – połączone siły trzech wacht – stoimy wzdłuż pokładu w paradzie burtowej. Mamy na sobie nasze „mundury" z drelichu.

Norweg Jo Leif Stronen, starszy czerwonej wachty, staje na dziobie i krzyczy: – Śpiewający statek to szczęśliwy statek. Dalej, załogo!

Po czym intonuje angielską szantę „South Australia". Słowa nie są skomplikowane, więc choć sytuacja nas trochę zaskakuje, przyłączamy się do śpiewania, tym bardziej że z nabrzeża płyną ku nam żywiołowe oklaski.

Śpiewający statek to szczęśliwy statek. Kaari Kaksonen podczas śpiewania szanty przy wyjściu z Helsingborga.
Śpiewający statek to szczęśliwy statek. Kaari Kaksonen podczas śpiewania szanty przy wyjściu z Helsingborga.  Fot. Krzysztof Romański

Majestatyczny statek powoli odwracany jest bukszprytem do wyjścia z portu. Gdy mijamy falochron, wysunięte z ambrazurów lufy 10 dział żaglowca z hukiem zioną dymem. W podziękowaniu za gorące przyjęcie fregata oddaje honorowy salut armatni. Oryginalny „Götheborg", mimo że był jednostką handlową, miał na pokładzie aż 30 dział do obrony przed piratami. Te używane obecnie są wiernymi kopiami XVIII-wiecznych, lecz nie miotają już kul. Efekt imitacji wystrzałów osiąga się za pomocą prochu i… starych gazet. Wiwat recykling!

***

Gościnny port powoli niknie za rufą. Fregata bierze kurs na południe, prawą burtą przechodząc w pobliżu warowni Hamleta. Chwilę później wybija godz. 16 – początek naszej żółtej wachty. Zbiórka przy kabestanie na śródokręciu. Rzut oka na grafik z podziałem obowiązków. Chociaż serce rwie się do pracy na rejach, na dobry początek przypada mi bardziej przyziemne zajęcie – mam pomagać kucharzowi w kambuzie. Co się odwlecze, to nie uciecze, myślę, zerkając w stronę masztów. Czas przy wydawaniu i zmywaniu po kolacji płynie nadspodziewanie szybko. Ładując kolejną tacę z brudnymi naczyniami do zmywarki, łapię się na refleksji, że oto właśnie odpoczywam. Nie w sensie fizycznym, bo gorąco i tempo dają się we znaki, ale psychicznym. Nagle straciła znaczenie gonitwa terminów i nieprzekraczalne deadlane’y świecące się na czerwono w komputerowym kalendarzu. Wystarczyło kilka godzin, by wszelkie niecierpiące zwłoki sprawy lądowe przestały być pilne. Morze jest lekiem na wszystko. Zwłaszcza że i tak nie ma zasięgu.          

***

Wieczorową porą nasz kubryk zmienia się nie do poznania. Gdy szczęśliwcy spod numerów od 36 do 41 układają się do snu za zasłonkami swoich koi, pod sufitem trwa budowa hamakowego miasteczka.

– To proste. Dwa węzły i macie najwygodniejsze łóżko świata – tłumaczy nam Johanna, prawa ręka starszego wachty.

Hamakowe miasteczko w kubryku na Gotheborgu
Hamakowe miasteczko w kubryku na Gotheborgu  Fot. Krzysztof Romański

Patrząc, jak kilkoma ruchami przymocowuje linkę hamaka do belki stropowej, rzeczywiście wygląda to na dziecinną igraszkę. Gdy mnie samemu przychodzi mocować się ze sznurkiem, sprawa nie jest już taka prosta. Na szczęście praktyka czyni mistrza. Po kilku próbach dochodzę do wprawy i w pełni ufam moim węzłom. Po rozpięciu hamaka pozostaje jeszcze zainstalować deseczki rozporowe po obu stronach, wyściełać go kocem, położyć poduszkę i już można się kłaść. Choć i tego trzeba się nauczyć. Najłatwiej złapać się przysufitowej belki, zawisnąć na rękach, podciągnąć nogi do góry i w takiej pozycji wpasować się w hamak. Podobno „Götheborg" widział kilka spektakularnych upadków, nam jednak idzie nadspodziewanie gładko. Po dłuższym kwadransie siedem zmęczonych wachtą ciał wyleguje się w swoich nowych łóżkach dyndających jakieś 120 centymetrów nad podłogą. Można gasić światło!

***

„Budzikom śmierć" – śpiewał kiedyś Andrzej Piaseczny u Roberta Chojnackiego. Ta zasada obowiązuje także na „Götheborgu". Tu indywidualne budziki są zakazane – cała wachta wstaje o tej samej porze. Przyjęło się, że za pobudkę odpowiedzialny jest dyżurny poprzedzającej wachty. Czynność ta nie należy do najpopularniejszych, bo co to za przyjemność w jednej chwili stać się największym wrogiem kilkunastu śpiących snem sprawiedliwego osób? Dlatego ci, którym przypada ten obowiązek, starają się czynić go jak najdelikatniej. Z reguły, zanim zapalą światła, opowiadają o tym, jak wspaniała pogoda jest na zewnątrz albo jak pyszne frykasy przygotowuje kuchnia.

Pewnego ranka zamiast potoku słów usłyszeliśmy… potok dźwięków. Zaczęło się od brzdąkania gitary, na które po chwili nałożył się damski wokal. Byłem przekonany, że wciąż śnię, że w objęciach Morfeusza wędruję gdzieś hen, po alpejskich łąkach, bo słodki głos śpiewał po francusku. Muzyka w ciemnym kubryku brzmiała niesamowicie i kojąco. Przez moment postanowiłem sobie nawet, że żadna siła nie wyciągnie mnie z ciepłego hamaka. Niestety, utwór się skończył i nastała światłość. Magia uleciała, a mnie nie pozostało nic innego, jak mimo senności ruszyć na wachtę. Na szczęście trudy rozstania się z górską polaną u stóp alpejskich wierchów wynagrodził mi widok wstającego nad horyzontem słońca.

Gdy później zaciekawiony zapytałem porannej szansonistki, jaką piosenką nas zbudziła, odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: – To była francuska kołysanka. Podobała ci się?

***

Wygląda na to, że we francuskiej pobudce nie było przypadku. Zaraz po Szwedach Francuzi są bowiem najliczniejszą nacją w załodze. W tym etapie płynie ich na „Götheborgu" kilkanaścioro. Kanan Jaouen jest nawet pierwszym oficerem. Ma za sobą praktykę na szkolnym szkunerze francuskiej Marynarki Wojennej „Etolie". Doskonale wie, na czym polega żeglowanie tak dużym żaglowcem jak „Götheborg", o czym przekonujemy się w trakcie rejsu, wykonując liczne, ordynowane przez niego manewry żaglami. Wszystko oczywiście po to, by jak najlepiej wykorzystać siłę wiatru i jak najmniej korzystać z koni mechanicznych. Kanan lubi przechadzać się po statku i patrzeć na wszystko gospodarskim okiem. W sposobie poruszania się ma coś z Napoleona. Zresztą zdarza mu się stawać na mostku z ręką schowaną pod płaszczem, w geście charakterystycznym dla cesarza Bonaparte. Z Francji pochodzą też dwie trzecie ekipy bosmańskiej (co wyjątkowe na morzu – wyłącznie damskiej!). Camille Collett i Mirjam Schierscher nie boją się żadnej ciężkiej pracy na pokładzie i nad nim. Ta pierwsza w szybkości wspinania się na maszty nie ma sobie równych. Na wantach porusza się zwinnie jak kot. Najsilniejsza reprezentacja Francji jest w zielonej wachcie.

French Corner na szwedzkim żaglowcu
French Corner na szwedzkim żaglowcu  Fot. Krzysztof Romański

Trójkolorowi zaanektowali dla siebie nawet kawałek pokładu – na jednej z belek, przechowywanych na śródokręciu na wypadek połamania się któregoś z drzewców, wypisano po angielsku „French Corner". To miejsce, w którym Francuzi zwykli spotykać się przy papierosie.

Skąd tak duże zainteresowanie Francuzów „Götheborgiem"? Przyczyna jest dość prozaiczna. Na długi remont do stoczni trafiła fregata „L’Hermione", która również jest repliką XVIII-wiecznego żaglowca. Pozbawieni możliwości pływania na własnej jednostce francuscy żeglarze przesiedli się pod szwedzką banderę.

***

Z każdą kolejną milą zostawioną za rufą coraz bardziej poddaję się rytmowi okrętowego życia wyznaczanego przez triadę: praca – jedzenie – sen. Przyznaję rację dziewczynie spotkanej przed zamustrowaniem – midship to najlepsza wachta. Pracujemy codziennie od 4 do 8 rano i od 16 do 20. To najbardziej ludzkie godziny funkcjonowania na statku, mimo przerażającej na początku pobudki o 3.15. Dużo trudniej byłoby przyzwyczaić się do „psiaka", czyli wachty od północy do czwartej, i spania w ciągu dnia.

Podczas pracy nie ma czasu na nudę. Oprócz pomocy w kambuzie, którą zaliczyłem pierwszego dnia rejsu, wśród naszych obowiązków jest też sterowanie („Götheborg" ma dwa ogromne koła sterowe, które potrafią wymęczyć), obchód pożarowy całego żaglowca od pokładu po zęzy oraz „oko", czyli wypatrywanie ewentualnych przeszkód przed dziobem. Na szwedzkiej fregacie ma to szczególny urok, bo statek jest wyposażony w reje także na bukszprycie. Gdy postawi się na nich żagle, nieprzypadkowo nazywane blinderami, stojący na pokładzie marynarze nie widzą tego, co jest przed statkiem. W takich momentach „oko" musi się przenieść daleko na bukszpryt, a to fantastyczna lokalizacja – o ile oczywiście nie ma sztormu. Obserwacja morza w towarzystwie wielkiego szwedzkiego lwa z galionowej rzeźby jest czystą przyjemnością. Podobnie jak wchodzenie na maszty, które również należy do naszych zadań podczas wacht.

Galion Gotheborga
Galion Gotheborga  Fot. Krzysztof Romański

Po pierwszych dwóch dniach rejsu w strefie przeciwnych wiatrów warunki się zmieniły. Wreszcie można było postawić żagle i dać odpocząć silnikowi. Praca z płóciennymi żaglami nie należy do łatwych i wymaga wielu rąk. Największe żagle „Götheborga" ważą około pół tony, a gdy namokną, ich waga jeszcze się zwiększa. Podniesienie takiego ciężaru to zadanie dla kilkunastu osób. Po każdym alarmie do żagli dłonie jego uczestników są klejące i ciemnobrązowe od smoły, którą zabezpiecza się konopne liny. Szybkie domycie się do czysta nie wchodzi w grę. Pomocne są naturalne produkty pochodzenia zwierzęcego – najlepszy jest łój, którym trzeba wysmarować ręce, potem wytrzeć je szmatką i dopiero wówczas umyć mydłem i wodą.       

***

Przemierzając pokład od dziobu do rufy, można nie zauważyć dzwonu okrętowego, który kryje się w cieniu fokmasztu. Moją uwagę przykuł jednak od razu. Obok zielonkawej, zaśniedziałej czaszy nie mogłem przejść obojętnie. Na wszystkich żaglowcach, na których do tej pory pływałem, ba, na wszystkich znanych mi statkach i okrętach, dzwony są wypolerowane na wysoki połysk. Można się w nich przeglądać.

– Kiedy ostatnio był polerowany? – pytam naszą wachtową asystentkę Johannę, poklepując mosiężną powierzchnię.

Dziewczyna robi zdziwioną minę. – Polerowany? Nigdy! Przecież to przynosi pecha! – tłumaczy, niemal krzycząc. I dodaje, że ten przesąd jest powszechny wśród szwedzkich marynarzy.

Przysłuchujący się temu Fin Jimmy uśmiecha się sardonicznie. – Ktoś powinien zrobić dobry uczynek i wypolerować dzwony wszystkich okrętów rosyjskiej marynarki wojennej – mówi pewnym głosem.

No cóż, w rozchwianych czasach zasada, by nie rozmawiać na pokładzie o polityce, przestaje obowiązywać.

Brasowanie to zadanie dla całej wachty
Brasowanie to zadanie dla całej wachty  Fot. Krzysztof Romański

Zaśniedziały czy nie, dzwon okrętowy pod każdą szerokością geograficzną służy do wybijania „szklanek" odmierzających upływanie kolejnych 30 minut wachty. Na polskich jednostkach pełne godziny wybija się dwoma szybkimi pociągnięciami, dlatego trudno było mi się przyzwyczaić do powolnego stylu uderzania w dzwon na „Götheborgu". Gdy przyszła moja kolej, zapytałem Johanny, czy mogę to zrobić „po polsku". – Jeśli tylko nie będziesz polerował, rób, co chcesz – odpowiedziała. Otrzymawszy zielone światło, walnąłem w zielony dzwon pewnie i szybko: ding-dong! ding-dong! ding-dong! ding-dong!, po czym udałem się na zbiórkę do przekazania wachty.

– Kto dzwonił dzwonem? – pyta Dave zaraz na wstępie.

Cień zawahania przelatuje mi przez głowę, ale – tak pewnie i szybko jak wybijałem szklanki – odpowiadam: – Ja.

– I bardzo dobrze. W końcu nie było jak w kościele.

 ***

Jedzenie to niezwykle ważny aspekt życia na morzu. Na niejednym statku jakość serwowanego pożywienia była powodem buntu. Na „Götheborgu" kuchnia to ostatnia rzecz, na którą można by narzekać. Każdy dzień rozpoczyna i kończy posiłkiem. Mam wrażenie, że wszystko kręci się wokół jedzenia. Jeszcze przed wyjściem na wachtę „świtową" ładujemy akumulatory szybką kanapką lub płatkami śniadaniowymi. O godz. 6 mamy przerwę na kawę i małe co nieco. Po wachcie, o godz. 8, czeka już na nas śniadanie. Południe to czas lunchu, około godz. 15 jest tradycyjna szwedzka fika, natomiast od 17.30 – obiad. Menu jest zróżnicowane, a każdy posiłek jest podawany w wersji klasycznej i wegetariańskiej. Jednak nie zawsze tak było.

– Kilka lat temu mieliśmy kucharza z Francji – opowiada mi młody żaglomistrz Johan Tideland. – Świetnie gotował, ale bazował na mięsie. Gdy zapytałem, czy ma coś wegetariańskiego, spojrzał mi głęboko w oczy, położył dłoń na ramieniu i ze współczuciem w głosie zapytał: „A co, jesteś chory?" – śmieje się.

Jesteśmy na szwedzkim żaglowcu, więc formuła szwedzkiego stołu nie może dziwić. Każdy nakłada sobie to, co chce i ile chce. Co ciekawe, wszystkie talerze i kubki są z plastiku. Nie ma tu jednak mowy o jednorazówkach. Tworzywo użyte do ich produkcji jest wysokiej jakości, dzięki czemu służą długo i nawet gdy spadną przy rozkołysanym morzu, nie tłuką się.

***

– Mogę się dosiąść?

Troje biesiadników w żółtych chustach przesuwa się bliżej siebie, robiąc miejsce dla mnie. Kładę talerz na stole, siadam i już mam zabrać się do konsumpcji, ale… Wyczuwam, że coś jest nie tak. Rozglądam się wokół, starając się domyślić, w czym kłopot. Nikt nie je. Wszyscy patrzą na mnie z niedowierzaniem. Nie wytrzymuję. Postanawiam przerwać kłopotliwą ciszę.

– No dobra, o co chodzi?

Johannes uśmiecha się i mówi:

– No jak to o co? Nie nałożyłeś sobie dżemu z borówek.

– Zaraz zaraz, dżem do sosu śmietankowego? – usprawiedliwiam się. Smak klopsików z dżemem borówkowym oczywiście znam z bufetu w Ikei, ale jakoś przez myśl mi nie przeszło, że można to jeszcze zmieszać z sosem śmietankowym.

– Ale to najlepsze połączenie! – tłumaczy Johannes, a pozostali kiwają ze znawstwem głowami. – Musisz spróbować. Nie jemy, dopóki nie spróbujesz!

Cóż było począć wobec takiego ultimatum? Nakładam na talerz łyżeczkę dżemu i daję szansę osobliwej miksturze. Mmm… Czuję, że nie obędzie się bez dokładki!

***

Popijamy kawę, zagryzając bułką cynamonową. Odpoczywamy przed kolejną wachtą. Cieszymy się chwilą, śmiejąc się i rozmawiając o naszych krajach – Szwecji, Finlandii i Polsce. Wspominam o tym, że według popularnego stereotypu Finowie są raczej małomówni i nigdy sami z siebie nie zaczynają rozmowy. To, co tu zastałem, zdecydowanie kłóci się z tym stereotypem. 

– Wiesz, coś w tym jest – zamyśla się Mikko. – Pewnie słyszałeś dowcip, że w Finlandii odetchnęliśmy z ulgą, gdy zniesiono pandemiczny trzymetrowy dystans społeczny, bo w końcu mogliśmy wrócić do standardowych 10-metrowych odstępów? Cóż, to prawda – chichocze.

***

Tydzień na pokładzie „Götheborga" mija szybko i niepostrzeżenie niczym bałtyckie lato. Pojawiające się coraz częściej szkierowe wysepki niechybnie oznaczają zbliżający się koniec rejsu. Przy wejściu do Helsinek załoga stała znów prezentuje się w historycznych strojach, a my ponownie prężymy się na burcie, śpiewając szanty. Wkrótce po zacumowaniu zmustrowuję i biorę kurs na Polskę. Po powrocie do domu od progu słyszę: – Jakoś dziwnie pachniesz. Byłeś na grillu?

I już rozumiem, skąd te dziwne spojrzenia ludzi, którzy siedzieli obok w samolocie.

Rejs fregaty „Götheborg" do Chin i z powrotem potrwa do 2024 r. Na niektórych etapach wyprawy można dołączyć do załogi. Więcej informacji na stronie armatora: www.gotheborg.se.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.

Płynęłaś/Płynąłeś kiedyś żaglowcem?

Jarosław Kurski poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Piękne przedsięwzięcie. Stopy wody pod kilem!
    już oceniałe(a)ś
    14
    0
    Uwaga o wypolerowaniu dzwonów na wszystkich okrętach rosyjskiej marynarki wojennej świetna.
    @ogulec2020
    Tylko że one są polerowane.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Fajna przygoda. Jak zawsze w takich sytuacjach pojawiają się emeryci realizujący marzenia. Też taki będę na starość :)
    No dobra tak naprawdę to pewnie nie ale pomarzyć można ;)
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    Götheborg???
    @icodalej
    Ano obejrzyj zdjęcia, zwłaszcza 3, 24 i 26.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    W polskiej Marynarce Wojennej WSZYSTKIE dzwony okrętowe pięknie lśnią.
    Jest coś w tej przypowieści o zaśniedziałych szwedzkich dzwonach, bo PiS już prawie zatopił nam okręty
    już oceniałe(a)ś
    1
    1
    Majtkiem? Chcialbym zobaczyc jesli nie umowe o prace to chociaz ubezpieczeniowa. 35 lat pracy na morzu i stanowisko majtek ignoranta nadal mnie zachwyca.
    już oceniałe(a)ś
    1
    2
    W nieustającym konkursie na najgłupszy tytuł GW spore szanse.
    @zazazazaza
    Tytuł czy komentarz?
    już oceniałe(a)ś
    3
    0