Urugwajski żaglowiec "Capitán Miranda" odwiedzał Polskę tylko dwa razy - ostatnio w 2008 roku. By zobaczyć, jak wygląda rejs pod jego żaglami, musiałem więc wybrać się za ocean. I tak trafiłem na Karaiby.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Port w Santo Domingo. Wartki nurt rzeki Ozama, na pół przecinającej wyspę Haiti, niesie ze sobą połamane gałęzie mahoniowców i – niestety – sporo plastikowych śmieci, które wkrótce wylądują na sąsiadujących z ujściem plażach. Z górującego nad Dzielnicą Kolonialną wzniesienia, ze stoickim spokojem przyglądają się temu szare mury okazałej rezydencji Diego Kolumba.

Pierworodny syn słynnego odkrywcy, jako wicekról Indii Zachodnich, z pałacu zbudowanego z koralowych bloków sprawował władzę nad Nowym Światem. Pięć wieków później, z narażeniem życia sforsowawszy czteropasmową ulicę pełną drogowych piratów z Karaibów, maszeruję po nabrzeżu, wypatrując sylwetki „Capitána Mirandy". Łatwo go zidentyfikować – to jedyny żaglowiec Ameryki Południowej, którego kadłub jest czarny. Wszystkie inne są tradycyjnie malowane na biało. Przy kei w stolicy Dominikany cumuje ich kilka. Tu wyznaczyły sobie przystanek na trasie wokół kontynentu, którą pokonują wspólnie co cztery lata w ramach zlotu pod nazwą Velas Latinoamérica. Mijam doskonale znany w całej Polsce – od Chorzowa po Gdynię – meksykański bark „Cuauhtemoc" i argentyńską fregatę „Libertad", której nigdy u nas nie było. By dostać się na „Capitána Mirandę", trzeba przejść przez pokład brazylijskiego trzymasztowca „Cisne Branco", stojącego bezpośrednio przy nabrzeżu. Zatrzymuję się przy trapie i wołam wachtowego. Śniady Brazylijczyk w śnieżnobiałym mundurze spogląda na moją wielką czerwoną torbę i chwyta się za głowę. Bagaż o takich gabarytach to na okręcie udręka, zdaję sobie sprawę, lecz tylko tak na drugi koniec świata mogłem bezpiecznie przewieźć komputer, aparat fotograficzny, statyw, drona i kilka innych elektronicznych gadżetów potrzebnych w reporterskiej pracy.

– Bez obaw! – mówię uspokajającym tonem. – Ja nie do was. Idę na „Mirandę".

Mężczyzna uśmiecha się z nieskrywaną ulgą i wskazuje mi drogę. Za chwilę jestem już na drugim trapie, łączącym obie jednostki. Kolejny biały mundur, kolejny wachtowy – po krótkim powitaniu oficer prowadzi mnie do kajuty na najniższym pokładzie, ukrytej na samym końcu korytarza.

– Zostawiam pana w dobrych rękach. Będzie pan mieszkał z Tomem Cruise'em i Benem Stillerem – oznajmia na pożegnanie.

Czy ja na pewno dobrze trafiłem?

By dostać się na Capitana Mirandę, trzeba przejść przez pokład brazylijskiego Cisne Branco
By dostać się na Capitana Mirandę, trzeba przejść przez pokład brazylijskiego Cisne Branco  Krzysztof Romański

Nowe wcielenie starego okrętu

„Capitán Miranda" to stalowy szkuner o długości 64 metrów. Jego portem macierzystym jest stołeczne Montevideo. Karierę żaglowca okręt rozpoczął dopiero w 1978 roku. Wcześniej służył jako jednostka hydrograficzna, która od 1930 roku prowadziła badania urugwajskiego wybrzeża.

Szkuner powstał w hiszpańskiej stoczni Matagorda w Kadyksie, a jego budowa zajęła niewiele ponad sześć miesięcy. Początkowo głównym napędem „Capitána Mirandy" był silnik motorowy, chociaż statek miał też dwa maszty, na których można było stawiać żagle. Służyły one jednak tylko jako dodatek wspomagający żeglugę.

W 1976 roku wysłużony motorowiec wycofano z eksploatacji. Wydawało się, że jego los jest przesądzony i pewnie trafiłby „na żyletki", gdyby nie swoista moda na żaglowce, która w owym czasie zapanowała w Ameryce Południowej. Szkolne barki sprawiły sobie Kolumbia i Ekwador, zamówienie u hiszpańskich stoczniowców złożyła już Wenezuela, w kolejce stał Meksyk… Urugwajczycy nie chcieli być gorsi. Zamiast budować żaglowiec od stępki, postanowiono sięgnąć po sędziwego „Capitána Mirandę" i przerobić go na szkuner. Posadowiono trzy aluminiowe maszty, kadłub przemalowano na czarno (wcześniej był biały), przearanżowano wnętrza, zainstalowano nowy silnik. 20 października 1978 roku wyremontowany okręt mógł wyruszyć w debiutancki rejs szkoleniowy.

Szkuner Capitan Miranda
Szkuner Capitan Miranda  Armada Nacional del Uruguay

***

Błysk w oku Mavericka to pierwsza rzecz, którą widzę po otwarciu drzwi do kajuty. Zza progu uśmiecha się młody mężczyzna, cały na biało. Trzeba przyznać, że podobieństwo do asa przestworzy, w którego wcielał się Tom Cruise w filmie „Top Gun", jest więcej niż anegdotyczne.

– Matias Coccaro, oficer komunikacyjny – przedstawia się, podając mi dłoń. Z niewielkiej kabiny w kształcie litery „L" wieje chłodem. W pomieszczeniu nie ma bulajów, więc klimatyzacja, bez chwili wytchnienia, pracuje na najwyższych obrotach. Sporym udogodnieniem jest własna łazienka. Rozglądam się wokół w poszukiwaniu miejsca, by postawić wielką czerwoną torbę.

Mój drugi współlokator zeskakuje z koi i się pręży – Guillermo Luz, oficer manewrowy – rzuca. 

Ma czarne, nieco rozmierzwione włosy i faktycznie wygląda jak urugwajski bliźniak Bena Stillera. Wskazuje na przestrzeń w rogu kabiny:

– Tam można zostawić bagaż. Proszę się nie przejmować, my też mamy dużo ubrań – dodaje, mrugając porozumiewawczo do kolegi. Zanim jestem w stanie cokolwiek wyjaśnić, uchyla szafę i wylicza:

- Mundur czarny, mundur biały, koszule mundurowe z krótkim rękawem, bermudy do tropików, kurtki na chłodniejsze rejony świata. Jesteśmy jak modelki – żartuje.

– Z tą różnicą, że modelki są ładne – kontruje jego kompan.

– Nie przesadzajcie panowie. Gdyby słyszeli to Ben Stiller z Tomem Cruise'em, na pewno byliby urażeni – śmieję się. Ich brwi unoszą się ze zdziwieniem.

– Czyli już panu donieśli? Niech ja tylko dopadnę wachtowego! – krzyczy mój rozmówca.

Zatrzymać Lewandowskiego

Oprócz funkcji szkoleniowej „Capitán Miranda" spełnia również misję dyplomatyczną. W każdym odwiedzanym porcie pokład okrętu otwiera się przed zwiedzającymi, a dla miejscowych notabli organizowany jest wieczorny koktajl. Prezentowane są na nim tradycyjne tańce i muzyka candombe wygrywana na bębnach tambores, podawane są specjały urugwajskiej kuchni, degustować można też tamtejsze wina i – co ciekawe – whisky.

Mało kto wie, że ten trunek produkowany jest również w Urugwaju. To spuścizna po bliskich relacjach z Brytyjczykami z okresu początku państwowości. Wizyta szkunera w Santo Domingo przebiega według podobnego scenariusza. Przyjęcie odbywa się na rufie, pod rozpiętym nad nią brezentowym dachem. Mundury przeplatają się z garniturami, smokingami i rewią wieczorowych sukni. Między kołem sterowym i flagsztokiem kołysze się jeden z załogantów. W dłoniach trzyma saksofon, z którego płyną dźwięki jazzowych standardów. Steward co chwilę donosi tace z kolejnymi frykasami – na ciepło i na zimno, do wyboru, do koloru. Przez gwar rozmów co kilka minut przebijają się głośne krzyki dobiegające z nadbudówki.

– Co się tam dzieje? – pytam współlokatora.

– Gramy dzisiaj z Meksykiem. Chcesz zobaczyć? – słyszę w odpowiedzi.

Dwa duże telewizory w mesie oficerskiej świecą się zielenią murawy. Na środku pomieszczenia stoi grupka mundurowych, żywiołowo komentując to, co dzieje się na ekranach. Urugwaj prowadzi już 2:0. Nie wszyscy jednak się z tego cieszą. Część ekipy obserwuje zmagania piłkarzy z nosami spuszczonymi na kwintę.

– Odwiedziło nas kilku oficerów z meksykańskiego żaglowca „Cuauhtemoc", który cumuje w pobliżu – tłumaczy mój przewodnik. - Chodź, przedstawię cię.

Dowiedziawszy się, że jestem z Polski, para Meksykanów robi wojownicze miny, zaciskając przy tym pięści. Polak? To z wami gramy na Mistrzostwach Świata. Stawaj do pojedynku! – odgrażają się.

W tym samym momencie zawodnik w niebieskiej koszulce pięknym strzałem z dystansu zdobywa kolejną bramkę. 3:0 dla „Urusów"! W mesie znów wybucha entuzjazm i polsko-meksykańskie starcie traci na znaczeniu. Dziś nam nie idzie, ale to tylko mecz towarzyski. Z Polską na mundialu będzie lepiej. Musimy tylko zatrzymać Lewandowskiego – goście z „Cuauhtemoca" rzucają zawadiacko w moim kierunku. Ładne mi tylko – odgryzam się patriotycznie. Dobra, to umówmy się, że z grupy awansują Meksyk i Polska, a Argentynie powiemy „adios" – proponuje urugwajski Tom Cruise. Salomonowe rozwiązanie w jednej chwili godzi wszystkie trzy nacje.      

***

Czarny kadłub „Capitána Mirandy" znów oblewa słona woda. Po pięciu dniach postoju na rzece Ozama urugwajski żaglowiec zostawia za rufą stolicę Dominikany. Santo Domingo żegna nas wznoszącą się ponad palmy, ubarwioną jak osa latarnią morską Punta Torecilla i ogromnym pomnikiem krzyczącego mężczyzny. 15-metrowa kamienna figura strzegąca wejścia do portu przedstawia dominikanina – brata Antonio de Montesinos – pierwszego człowieka, który otwarcie skrytykował Hiszpanów za okrucieństwa wyrządzane miejscowym ludom w Nowym Świecie.

Zanim weźmiemy kurs w głąb Morza Karaibskiego, idziemy oddać honory kolumbijskiemu okrętowi „20 de Julio", który kończy swój udział w zlocie Velas Latinoamérica 2022. Cała urugwajska załoga ubrana w białe mundury stoi na baczność wzdłuż prawej burty. Wyjątkiem są trzy osoby szamotające się przy ozdobnym dziale na kołach. Gdy mijamy machających nam Kolumbijczyków, strzelamy na wiwat z hukiem i dymem. A potem robimy zwrot i ruszamy na południe, do następnego przystanku na trasie, którym jest wyspa Curacao.

By się tam dostać, musimy trawersować akwen przed wiekami zdominowany przez piratów. Dziś Morze Karaibskie cieszy się dobrą renomą ze względu na doskonałe warunki do żeglarstwa, mnogość ciekawych miejsc do odwiedzenia i łagodny błękit morskiej tafli, którą teraz rozpruwa dziób „Capitána Mirandy", nurzając się w dywanach uplecionych z alg. Spotkanie z Jackiem Sparrowem nam nie grozi. Mamy za to inne towarzystwo…

Yerba mate dobra na wszystko

Najpierw pojawia się jedna. Wzbija nad fale i sunie na wietrze, oszukując grawitację. Jest ledwie dostrzegalna pośród grzywaczy rozhuśtanego morza. W walce o metry przypomina skoczka nad zeskokiem. Po kilkunastu sekundach ślizgu wpada z pluskiem do wody. Wkrótce z topieli wyskakują kolejne srebrne wrzeciona. Fruną prosto lub kołują szeroko w poszukiwaniu najlepszych korytarzy powietrznych. Latające ryby. Dobre znajome marynarzy w tropikach. Z szeroko rozłożonymi płetwami wyglądającymi jak skrzydła, ptaszory potrafią szybować nawet kilkaset metrów. Uciekają w ten sposób przed drapieżnikami czyhającymi na nie w głębinach. Muszą jednak uważać, bo w powietrzu bywają łatwym łupem dla ptaków, takich jak fregaty.

Obserwuję ten spektakl, opierając się o reling. Jest ciepło, świeci słońce, ale silny, pasatowy wiatr kotłuje wodę wokół okrętu. „Capitán Miranda" w jednostajnym rytmie kładzie się i powstaje. Na progu drzwi prowadzących do kambuza na rozkładanym wędkarskim krzesełku siedzi jeden z członków załogi. Ciemne szorty, szary T-shirt, ramieniem obejmuje pokaźny termos, a w dłoni trzyma kubeczek z metalową słomką. Blada twarz, minę ma niepewną.

– Choroba morska? – zagajam z troską w głosie.

– Wyszedłem pooddychać świeżymi powietrzem. Chyba nigdy się nie przyzwyczaję do kiwania – odpowiada.

– To co pan robi na żaglowcu? – pytam ze zdziwieniem.

– Czekam, aż rejs się skończy – uśmiecha się. - Jestem muzykiem, gram w wojskowej orkiestrze. Na co dzień pracuję na lądzie. Marynarka potrzebowała kogoś, kto w portach będzie grywał na oficjalnych spotkaniach, a w morzu pracował jako steward komendanta, więc się zgłosiłem – tłumaczy.

Nazywa się Marcos Felix. Dopiero teraz dostrzegam tatuaże na jego przedramieniu. Te same, które widziałem u saksofonisty na bankiecie w Santo Domingo. Nie szata zdobi człowieka, ale w cywilnym ubraniu człowiek wygląda jednak zupełnie inaczej.

– Chce pan spróbować mate? – podsuwa mi trzymaną w palcach materę. Ta rurka to „bombilla". Proszę się napić. Będzie mi bardzo miło.

Biorę łyk gorącego napoju. Aromatyczny i mocny. Ten smak trudno porównać do jakiejkolwiek herbaty, którą piłem w Polsce. Yerba mate to dla Urugwajczyków świętość. Praktycznie każdy wychodząc z domu zabiera ze sobą bombillę i termos z gorącą wodą. Mate pije się nie tylko dla przyjemności, ale przede wszystkim towarzysko.

– Podobno pomaga na chorobę morską. Ale na mnie jakoś nie działa – mówi saksofonista, rozkładając bezradnie ramiona.  

***

„Capitán Miranda" to druga co do wielkości jednostka urugwajskiej marynarki wojennej. W tamtejszej flocie próżno szukać korwet, fregat czy okrętów podwodnych. Dominują patrolowce.

– Nasza marynarka skrojona jest do naszych potrzeb. Nie mamy długiej linii brzegowej, za to nasze okręty pełnią jednocześnie rolę straży przybrzeżnej i walczą z kontrabandą narkotykową – tłumaczy kapitan Pablo Gonzalez.

Komendant, przystojny mężczyzna w średnim wieku z przyciętą schludnie marynarską brodą, nie kryje, że możliwość dowodzenia „Mirandą" to dla niego najważniejszy etap kariery. Nie tylko flota wojenna jest w Urugwaju zbudowana w sposób racjonalny i bez zadęcia. Tak funkcjonuje cały kraj.

Niewielkie państwo zamieszkałe przez 3,5 miliona osób pozostaje nieco w cieniu ogromnych sąsiadów – Brazylii i Argentyny, ale radzi sobie dużo lepiej. Wskaźniki ekonomiczne w pełni uzasadniają przydomek „Szwajcaria Ameryki Południowej", jakim czasem określa się Urugwaj. To najbardziej laicki kraj na kontynencie – pierwszy w regionie, który wprowadził uznawanie małżeństw jednopłciowych i pełną legalność marihuany. Ogólny poziom życia jest wysoki, miasta należą do najbezpieczniejszych w Ameryce, a prezydentem przez 5 lat był człowiek, który mieszkał w niewielkim domku na przedmieściach, a do pracy dojeżdżał starym garbusem. Urugwajczycy nie mają kompleksów, żyją na dużym luzie, są dumni ze swojej historii i osiągnięć, jednak bez tromtadracji. Nie ma drugiego kraju, jak Urugwaj – lubią powtarzać. I mają ku temu argumenty. Como el Uruguay, no hay!

Moja rodzina jest z Izraela

Setki, tysiące, miliony… Ocean jaskrawych, migających punkcików zalewa intensywnie czarne niebo. Takiego spektaklu nie da się zobaczyć nocą w mieście. Na środku morza, z dala od cywilizacji, nie ma sztucznych świateł, które zakłócają kontemplację gwiazd. Próbuję zorientować się pośród mrowia żarzących się ogników. Niebo jest tutaj zupełnie inne niż w Europie. Jesteśmy czternaście stopni na północ od równika.

– To jest Krzyż Południa – wysoki blondyn w mundurze wskazuje palcem na cztery gwiazdy wyraźnie odznaczające się od tła.

– Dłuższe ramię gwiazdozbioru wskazuje na biegun południowy. Przez stulecia żeglarze używali go jako kompasu – wyjaśnia Joaquin Stebrich, oficer nawigacyjny. - Moi przodkowie pochodzili z Polski. Ich nazwisko rodowe, o ile dobrze pamiętam, brzmiało Strzemiński. Niestety, nie znam języka, ale w moich żyłach płynie polska krew – mówi z dumą.

Inne swojsko brzmiące nazwisko odnajduję na uniformie jednego z kadetów. Cynovicz. Pochodzisz z Polski? – pytam domniemanego rodaka. Z Polski? – dziwi się. Niemożliwe. Moja rodzina jest z Izraela – tłumaczy, a ja decyduję się nie drążyć tematu.

Więcej krów niż mieszkańców

– W Urugwaju jest cztery razy więcej krów niż mieszkańców. Wegetarianie nie mają u nas łatwo – żartuje kapitan, przeżuwając churrasco, krwisty stek wołowy, podawany tylko z sałatą i – ewentualnie do smaku – z octem balsamicznym.

Podobnie jak w sąsiedniej Argentynie, w kraju silna jest tradycja gaucho, południowoamerykańskich kowbojów wypasających bydło. Nic zatem dziwnego, że kuchnia na „Capitánie Mirandzie" opiera się na mięsie. Potrawy są wyśmienite, bo wychodzą spod ręki kucharki, która w 2017 roku podbiła urugwajską edycję Master Chefa. Pia Cardozo co prawda nie wygrała, ale – jak na każdym kroku podkreślają zadowoleni członkowie załogi – to nie jest najważniejsze. Z radością muszę przyznać im rację, chociaż największą niespodzianką są dla mnie… desery. Sedno ich sukcesu tkwi w prostocie. Na małych talerzykach dostajemy np. banana lub plaster świeżego ananasa. Do tego wystarczy dodać uwielbiane w Urugwaju dulce de leche (krem kajmakowy) i wspaniałe ukoronowanie posiłku gotowe.

Pełne ręce roboty ma także piekarz i cukiernik w jednym – Nicolas Santana. Moje kubki smakowe podbił misternie lepionymi churros. Smażone ciasteczka świetnie sprawdzają się jako przekąska na podwieczorek. Cienkie ciasto samo w sobie jest pyszne, ale arcymistrzowsko smakuje w połączeniu z nadzieniem. Co jest w środku? – pytam zasłodzony. - No jak to co? Dulce de leche.  

Grałem z Polską w ręczną na plaży

Po smakowitej kolacji rozmowa dryfuje w stronę Polski. Jeden z oficerów rzuca siedzącym przy stole wyzwanie: jakich znacie słynnych Polaków?

Jestem wśród obywateli kraju dwukrotnych futbolowych mistrzów świata, kto inny zatem mógłby paść jako pierwszy w wyliczance nazwisk, jeśli nie wspomniany już Robert Lewandowski? Zaraz potem ktoś woła: Papa! Starszy oficer Sebastian Santos podąża kluczem piłkarskim i dokłada „Zibiego" Bońka.

– Kopernik! – dodaje elektryk.

– Jak to? Nie ma żadnej kobiety z Polski? – pyta szefowa zaopatrzenia Mariana Noguera. I po krótkim suspensie sama odpowiada: - Nie słyszeliście o Marie Curie?

Nazwisko noblistki wzbudza niekłamany aplauz. Lecz zaraz znów zalega kłopotliwa cisza.

– Grałem przeciwko reprezentacji Polski w plażową piłkę ręczną. Przegraliśmy, więc musiało tam występować wielu znanych Polaków. Liczy się? – śmieje się lekarz okrętowy Felipe Adler.

Niebywałe! Musiałem trafić aż na urugwajski żaglowiec, żeby dowiedzieć się, że mamy kadrę narodową w plażowego szczypiorniaka. Przez moment znów jest głośno i wesoło, ale potem nikt nic nie mówi. Chcąc uniknąć niezręczności, już mam pogratulować świetnego rozeznania w sprawach polskich, gdy rękę podnosi kapitan i spokojnym głosem recytuje: Fryderyk Chopin. Wszyscy kiwają z uznaniem głowami.

– Zaraz, zaraz, to on nie był Francuzem? – pyta ktoś z drugiej strony stołu. Nazwisko miał francuskie po ojcu, ale to polski pianista – tłumaczy komendant.

Pierwszy po Bogu ma zawsze rację. I ostatnie słowo.

***

Nazwa okrętu upamiętnia kapitana Francisco Prudencio Mirandę, oficera urugwajskiej marynarki, który dał się poznać jako znakomity geograf. Pochodził z hiszpańskiej rodziny (jego dziadek brał udział w bitwie pod Trafalgarem), lecz urodził się już w Urugwaju – w 1869 roku. Uznawany jest za ojca tamtejszej edukacji morskiej. Przez lata zabiegał o stworzenie akademii marynarki wojennej i silnej floty. W honorowym miejscu w salonie komendanta i w mesie oficerskiej wiszą jego obrazy. Nad kontuarem, obok napisu SHIP’S BAR OPEN 9.00-8.59 dostrzegam tablicę z cytatem z kapitana Mirandy:

Gdy dla naszych rodaków morze przestanie być tajemnicą i li tylko drogą, po której bez kurzu i błota mogą przyjechać albo opuścić kraj, gdy młodzież będzie mogła się kształcić o morzu i dla morza, gdy to stanie się dla wszystkich oczywiste, wówczas potrzeba istnienia marynarki wojennej z pewnością nie będzie kwestionowana. Wówczas wszyscy zrozumieją, że bez okrętów ograniczamy swoją suwerenność do skrawka lądu, na którym żyjemy.

Wygląda na to, że Urugwajczycy tak jak my mieli duże trudności w przekonaniu społeczeństwa o korzyściach, jakie daje dostęp do morza. Słowa kapitana równie dobrze można byłoby wypowiedzieć w międzywojennej Polsce, w której przez lata pokutowało stwierdzenie Sebastiana Klonowica: może nie wiedzieć Polak co morze, gdy pilnie orze. Inny klimat, drugi kraniec świata, a problemy zadziwiająco podobne.

***

„Capitán Miranda" jest szkunerem. Nie ma rei, a wszystkie żagle obsługiwane są z poziomu pokładu. Jedynym masztem, na który można się wspiąć bez sprzętu alpinistycznego, jest bukszpryt (tak, tak, bukszpryt również uznawany jest za maszt, tyle że nie ustawiony pionowo). Dopiero tu, siedząc na samym krańcu stalowej rury przedłużającej kadłub, rozumiem, co naprawdę na myśli miała Kora, śpiewając „Falowanie i spadanie".

W jednej chwili wznoszę się w górę kilkanaście metrów nad powierzchnię wody, w drugiej pikuję zatrzymując się dopiero na chłodnym grzbiecie fali. I tak raz za razem. Z tej perspektywy widzę dwa słońca. Pierwsze – karaibskie, nade mną, drugie – drewniane, przede mną. To galion, rzeźba umieszczona na dziobie. Przedstawia symbol znany z urugwajskiej flagi. By obejrzeć go z bliska i sfotografować, muszę się położyć na siatce rozpiętej pod bukszprytem. Zastygam w takiej pozycji, marząc o tym, by czas się zatrzymał.

Towarzyszący mi urugwajski oficer, widząc to, mówi z emfazą: Hombre! Esta es la vida! O tak! To jest życie! Niestety, ten drań czas nie chce się zatrzymać. Po powrocie na okręt idę na skrzydło mostku, by stamtąd obserwować coraz bardziej wzburzone morze. Fale z impetem rozbijają się o dziób, a woda zalewa pokład. Ale tu, na wyższym piętrze, przecież mnie nie dosięgnie. Jestem bezpieczny. Czyżby? Morze uwielbia weryfikować zbyt pewnych siebie. Pokazywać miejsce w szyku brawurowym śmiałkom. Mimo że stoję na wysokości ponad czterech metrów, strumień niczym z ogrodowego szlaucha zalewa mi oczy. Na usta cisną mi się bosmańskie słowa. Już mam siarczyście przekląć, gdy przypominam sobie sentencję Urugwajczyka na bukszprycie. Co tam trochę soli na policzku. Ocieram twarz dłonią i mruczę pod nosem: Esta es la vida!

Dookoła świata z psem

W latach 1987-88 „Capitán Miranda", jako pierwsza jednostka pod urugwajską banderą, odbył podróż dookoła świata. Wyprawa, która zaczęła się 2 sierpnia 1987 roku w Montevideo, trwała 355 dni. W tym czasie szkuner pokonał dystans 34 101 mil morskich. Po drodze odwiedził Sydney, gdzie razem z żaglowcami z całego świata (m.in. naszym „Darem Młodzieży") uświetnił obchody 200-lecia europejskiego osadnictwa w Australii. Jednym z załogantów w tym rejsie był pies Foque, który pozostał członkiem załogi do końca swoich dni. Jak obliczyli kronikarze okrętu, przez 11 lat przepłynął 223 tysiące mil morskich i oznaczył teren w 178 portach (m.in. w Gdyni) na wszystkich kontynentach. Po śmierci potraktowano go z honorami – dziś spoczywa w specjalnej gablocie w Muzeum Marynarki Wojennej w Montevideo.

Pies Foque, który przez 11 lat pływał pod żaglami Capitana Mirandy, a teraz jest eksponatem w Muzeum Marynarki Wojennej w Montevideo.
Pies Foque, który przez 11 lat pływał pod żaglami Capitana Mirandy, a teraz jest eksponatem w Muzeum Marynarki Wojennej w Montevideo.  Armada Nacional del Uruguay

***

Na trzech masztach „Capitán Miranda" nosi siedem żagli o łącznej powierzchni 853 metrów kwadratowych. Dwa z nich są wyjątkowe – kolorowe, żółto-niebieskie malowanie zaprojektował Carlos Páez Vilaró. Słynny malarz, grafik i architekt, nazywany jest czasem urugwajskim Gaudim, ze względu na niesamowity biały dom, który wybudował niedaleko Punta del Este, na skarpie opadającej ku morzu.

Charakterystycznym motywem twórczości artysty były złote Słońca Majowe, wpisane w symbolikę Urugwaju. Właśnie one trafiły na sztaksle, podnoszone nawet podczas postojów w portach. Postać zmarłego w 2014 roku Vilaró cieszy się w Urugwaju ogromną estymą, przede wszystkim ze względu na spuściznę artystyczną, ale też dramat, jakiego doświadczyła jego rodzina. W 1972 roku nastoletni syn malarza, Carlitos, leciał wraz ze drużyną rugby Old Christians na mecz do Chile. Samolot z 45-osobami na pokładzie rozbił się w Andach. Po 8 dniach poszukiwań w ciężkich, śnieżnych warunkach na wysokości ponad 4 tysięcy metrów, służby ratownicze dały za wygraną. Uznano, że wszyscy zginęli i nie ma sensu kontynuować akcji. Carlos Páez Vilaró, podświadomie czując, że jego syn żyje, na własną rękę zorganizował ekipę, która dalej przeczesywała góry. Po 72 dniach odnaleziono 16 cudem ocalałych osób. Wśród nich był młody Carlitos.    

***

Trawers Morza Karaibskiego nie miał w sobie zbyt wiele z wakacyjnego żeglowania. Karaibski Neptun co prawda nie zesłał na nas sztormu, ale warunki były wymagające – silne zafalowanie i wiatr wiejący w porywach z siłą 7 stopni w skali Beauforta. Liczącą pół tysiąca mil morskich trasę udało się jednak pokonać z kilkunastogodzinnym zapasem. Ostatnią noc przed wejściem do stolicy Curacao – Willemstad – spędzamy na kotwicy, w cichej zatoczce na północnym krańcu wyspy. Po sklarowaniu żagli „na portowo", pada komenda, na którą wszyscy zdawali się czekać: odpalamy asado!

Na rufę wjeżdża solidnych rozmiarów grill, na którym lądują – a jakże – różne rodzaje mięsa. Tu nie ma jednego mistrza ceremonii – kucharzy nagle mamy kilku, każdy chce popisać się swoim przepisem na przygotowanie steków, karkówek i morcilli – urugwajskiej kaszanki. Inaczej niż w Polsce, biesiadnicy nie dostają do zjedzenia całej, dużej porcji, ale po upieczeniu zdejmuje się ją z grilla i kroi na małe kawałeczki – do skosztowania dla wszystkich. Dookoła zapada zmrok, ale uczta trwa w najlepsze. Naraz za plecami słyszymy dziwny rumor. Coś z impetem uderza i telepie się w ciemności po stalowym pokładzie. Przerywamy jedzenie, głuchną rozmowy. Starszy oficer wstaje z krzesła i pewnym krokiem idzie sprawdzić, co dzieje się przy relingu. Mamy gościa! – krzyczy. Latająca ryba wpadła na okręt. Na ruszt ją? Wzrok wszystkich kieruje się na kapitana.

– Mamy wystarczająco dużo jedzenia. Darujmy jej życie – spokojnie odpowiada komendant. Sekundę później słychać cichy plusk. Ptaszorowi tym razem się upiekło. Podobnie jak nam. Wracamy do naszego mięsnego eldorado.

***

Niedługo po 8 rano wchodzimy do portu w Willemstad. Jesteśmy na Karaibach, ale po części także w Unii Europejskiej. Curacao to bowiem terytorium zależne Królestwa Niderlandów. Niegdyś było tu centrum handlu niewolnikami, dziś wyspa słynie z plaż, których nazwy rozpalają wyobraźnię – wystarczy wymienić dwie: Kokomo i Mambo.

Pontonowy most Królowej Emmy, wybudowane w 1888 roku dzieło inżynieryjnej sztuki, obraca się, by umożliwić nam przejście. Po obu stronach kanału wzrok przyciągają kamienice krzyczące jaskrawymi kolorami. Podobno XIX-wieczny gubernator ubzdurał sobie, że prześladujące go migreny zawdzięcza słońcu odbijającemu się w białych elewacjach, dlatego rozkazał mieszkańcom je jak najszybciej pomalować. Ci posłusznie wykonali rozkaz. Po miesiącu miasto wyglądało jak tęcza… Na nabrzeżu na „Capitána Mirandę" czeka już komitet powitalny – są organizatorzy tutejszego zlotu żaglowców Velas Latinoamérica, jest orkiestra reprezentacyjna, są żywiołowo machające rodziny kilku członków załogi, które postanowiły odwiedzić swoich mężów i ojców pod karaibskimi palmami. Po zacumowaniu żaglowiec ponownie podejmuje swoją misję dyplomatyczną – otwiera pokład przed zwiedzającymi – a ja wraz z wielką czerwoną torbą wracam do życia lądowego szczura.

Do trapu odprowadzają mnie moi współlokatorzy, z którymi zżyłem się przez te kilka dni. Serdeczne uściski dłoni, ostatnia wspólna fotografia. Nagle Ben Stiller wymownie puka się w czoło.

– Moment! Nie możesz tak zejść z okrętu - krzyknął i pobiegł gdzieś pod pokład. Wymieniamy zdziwione spojrzenia z Tomem Cruise'em. On również nie wie, o co chodzi. Nie minęła nawet minuta, gdy zdyszany sobowtór aktora wraca i błyskawicznie wpina mi coś złotego w klapę marynarki.
T- o jest przypinka „Capitána Mirandy". Tylko członkowie załogi mogą ją nosić.

– Ale przecież ja nie… – zbity z pantałyku nieporadnie próbuję oponować. 

– Dobra, dobra! Jadłeś? Spałeś? Rzygałeś na okręcie? To jesteś jednym z nas – śmieje się urugwajski Ben Stiller. A ja zastanawiam się, skąd on tyle o mnie wie.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Świetnie napisane i interesujące, dzięki,
    @ara2019
    Zgadzam sie! taka ładna opowieść na tym gazetowym ?bezrybiu??
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Przeczytałem z zainteresowaniem.
    Byłem i w Montevideo i w Punta del Este - II Ekspedycja Antarktyczna Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni a także rejsy kalmarowe.
    Poprawił bym "silnik motorowy" na? motor silnikowy??
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Świetny tekst! Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Dzięki.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    W latach dziewięćdziesiątych Huta Szkła Kryształowego ?Violetta? większość swojej produkcji eksportowała do Urugwaju.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Zatrzymać Lewandowskiego? Oj nie będzie to łatwe.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0