Dla wielu kierowców jeżdżenie na rezerwie paliwa to codzienny sport. Pytani czemu tak robią, odpowiadają że w ten sposób łatwiej im kontrolować wydatki, albo że mają założony gaz, więc nie widzą powodu aby inwestować w bulgoczącą w zbiorniku benzynę. Jeżdżenie na rezerwie może się jednak okazać bardziej kosztowne niż się z pozoru wydaje
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zapalenie się żółtej kontrolki przy tablicy koło zegarów oznacza zazwyczaj, że w zbiorniku pozostało nam około 5, do maksymalnie 7 litrów paliwa. Dla wielu samochodów determinuje to możliwość pokonania około 100 kilometrów. Mniej więcej tyle pokazują także samochodowe komputery, monitorujące funkcje samochodu. Zdarza się jednak, że na komputerze wyświetla się jeszcze na przykład 20 kilometrów zasięgu, a samochód staje. Dzieje się tak, ponieważ pompa paliwowa nie jest w stanie wyssać całości paliwa. Pochyłości, zakręty a nawet dziury w drodze mogą powodować, że ssak pompy będzie zaciągał powietrze, co drastycznie skraca żywotność tego nietypowego i drogiego zazwyczaj w wymianie elementu. Paliwo jest tu bowiem podstawowym elementem smarującym. Drugim problemem związanym z praktyką jeżdżenia ‘do sucha” jest rdzewiejący zbiornik. Także w tym przypadku paliwo pełni funkcję smarującą jego ścianki.

Problem odpada w przypadku baków wykonanych z tworzyw sztucznych. Ale – także w tym przypadku mamy do czynienia ze zjawiskiem osadzania się na ściankach pary i skraplania w postaci wody, która potem szkodzi naszemu układowi wtryskowemu.

Korodujący od środka układ paliwowy to dziś codzienność, przyspieszona przez stosowanie w paliwie domieszek min biododatków.

W przypadku dominujących na naszym rynku, starszych samochodów, występuje jeszcze zjawisko tak zwanego „mułu” w zbiorniku, który tworzy się właśnie z wody, benzyny nieczystości zawartych w paliwie. „Muł” potrafi całkowicie zakleić pompę a w przypadku samochodów zasilanych gaźnikiem, także zatkać sitka, klapki i układ paliwowy. To dotyczy już jednak w zasadzie jedynie kilkudziesiecioletnich „klasyków”.

Pusty zbiornik daje jeszcze ciekawsze efekty w przypadku samochodów wyposażonych w silniki o zapłonie samoczynnym. W tym przypadku po dolaniu paliwa bywa potrzebne dłuższe przytrzymanie rozrusznika. Czasami to nie pomaga. W starych dieslach trzeba wtedy użyć ręcznej pompki, która umożliwia wstępnie napełnić cały układ. W nowszych zdarza się, że trzeba skorzystać z pomocy warsztatu, lub serwisu. Ale – to nie koniec. W nowoczesnych dieslach jazda na oparach powoduje wzrost temperatury w zbiorniku. W bardziej zaawansowanych turbodieslach są w nim zamontowane czujniki, które pomagają komputerowi sterującemu silnikiem optymalizować jego pracę dlatego przy pustym zbiorniku silnik może pracować nieco inaczej.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem