Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa z Andrzejem Dmochowskim, prezesem zarządu Euro-Car

BARTOSZ GONDEK: Przez całe życie zawodowe związany jest pan w zasadzie z jednym miejscem, do którego pan trafił …

ANDRZEJ DMOCHOWSKI: Chwileczkę. Muszę policzyć. To było w 1984 r., 33 lata temu.

Do magazynu w gdyńskim Polmozbycie oddelegowano go z kultowego, gdańskiego centrum motoryzacyjnego na ulicy Hallera.

– Miałem wtedy dużo szczęścia. Dwa lata po przeniesieniu do Gdyni w 1985 r., jako jedni z pierwszych w Polsce otrzymaliśmy autoryzację Forda na naprawy serwisowe. To był inny świat. Zaczęły się wyjazdy na szkolenia do Kolonii i pierwsza w moim życiu poważna lekcja jakości. Wtedy też – w Niemczech, potwierdziłem sobie swoje przemyślenia. Tam też najważniejszy był zespół. To właśnie dzięki ludziom z grupy warsztatów rozpoczynających współpracę z Fordem jestem jedynym, który pozostał w branży. Razem ze mną jest kilkanaście osób, z którymi współpracuję przynajmniej 15 lat i nadal będziemy trzymać się razem. Jest też Ford Store. Po gdańskim centrum Hallera pozostaje zaś właśnie dziura w ziemi.

Umiejscowienie w Gdyni jednego z kilku polskich centrów serwisowych Forda było, z punktu widzenia rynku motoryzacyjnego późnego PRL-u, bardzo logicznym posunięciem. To miasto było oknem na świat. Mieszkających tu marynarzy oraz ludzi wyjeżdżających regularnie na kontrakty – na przykład stoczniowe, stać było na przywiezienie sobie zza żelaznej kurtyny dobra najwyższej wówczas klasy – zachodniego samochodu.

– Najpopularniejsze były Escorty, Fiesty i Taunusy. Nie brakowało też dostawczych Transitów, a czasami przyjechał ktoś stareńkim Consulem czy Corsairem. Z roku na rok w kraju następowały zmiany. Polska zbliżała się do kapitalizmu, a w naszym serwisie pojawiało się coraz więcej nowych Fordów Sierra i Scorpio. Wreszcie – pękła żelazna kurtyna i przyszedł prawdziwy kapitalizm. Wraz z nim zaś pytanie, co dalej mamy robić. Polmozbyt się decentralizował. Dostaliśmy propozycję przejęcia stacji.

Przejęcie przez spółkę pracowniczą rozkręconego i w zasadzie jedynego serwisu zachodniej marki było złotym interesem?

– Usiadłem i zacząłem liczyć. Ponieważ teoretycznie, w tamtych realiach ekonomicznych, przy ówczesnym kursie walut, braku finansowania i inflacji, takie przejęcie ekonomicznie nie mogło się powieść. Wzięliśmy głęboki oddech i skoczyliśmy. I tak w 1990 r. powstał Euro-Car. Dwa lata później uzyskaliśmy pełną autoryzację Forda na serwis, sprzedaż samochodów i obrót częściami zamiennymi. Pierwszymi sprzedawanymi przez nas nowymi samochodami były marynarskie klasyki – Sierry i Escorty. Ze sprzedażą samochodów bywały wtedy zabawne i niewyobrażalne dziś sytuacje. Na przykład kolejka pod salonem i mała bitwa, jaka się w nim rozegrała, podczas promocyjnej sprzedaży Fordów Fiesta.

Lata 90. to zupełnie inny kapitalizm od obecnego, w jego dorosłej postaci. W sprzedaży samochodów liczyła się wielkość, a nie wyposażenie. Modne były sedany, a w Polsce obowiązywały wysokie cła na samochody, które nieco tylko łagodził kontyngent bezcłowy.

– W połowie lat dziewięćdziesiątych większość sprzedawanych przez nas samochodów pochodziło z Polski i było kupowanych za gotówkę. Były to Escorty czy Transity, montowane w specjalnie w tym celu zbudowanej fabryce w Płońsku. Mało kto już dziś o nich pamięta. Do tego królewskie na dzisiejsze warunki marże. Wtedy na samochodach się naprawdę zarabiało. Dziś jest to w zasadzie niemożliwe. Pierwsze dziesięciolecie kapitalizmu to także czas akumulacji kapitału, który pozwolił nam na dalszy rozwój. Dla nas lata dziewięćdziesiąte były jednak przede wszystkim kolejnym etapem wielkiej nauki jakości i poznawania standardów sieci. Powoli poszerzaliśmy zakres usług. Samochody używane, które z czasem stały się naszą wizytówką, zakład naprawy nadwozi, jeden z pierwszych w Polsce profesjonalnych działów sprzedaży samochodów dostawczych.

W 2007 r. przyszedł czas na nowy salon. Pamiętam, jak na wielkim otwarciu mówił pan, że znowu skoczyliście na „głęboką wodę”. Przy niestabilnym rynku i niezbyt wówczas rozbudowanej ofercie była to inwestycja tyle samo przyszłościowa, co bardzo ryzykowna.

– Koszta realizacji projektu, wyprzedzającego wówczas wszystko, co powstawało w naszej sieci, były astronomiczne. Po dziesięciu latach śmiało można stwierdzić, że ryzyko się opłaciło, a my dysponujemy nowoczesnym obiektem spełniającym nie tylko zwykłe standardy Forda, ale także te z wyższej półki – Ford Store. To o tyle istotne, że rynek motoryzacyjny w Polsce jest obecnie całkowicie poukładany. Tak jak wspomniałem – na sprzedaży samochodów nie da się zarabiać. Istotna jest więc optymalizacja działania całego biznesu i bardzo skrupulatne pilnowanie rentowności. Bez tego nie da się utrzymać w branży.

Ford Store to już historia najnowsza. Kiedy Ford namawiał sieć do zainwestowania w „coś więcej” niż tylko Forda, większość dealerów patrzyła na to z rezerwą.

– Kilka lat temu nikt nie wiedział, jak przyjmie się gama modelowa, która będzie odróżniać Ford Store od klasycznej stacji dealerskiej. Największą tajemnicą był, oczywiście, legendarny Ford Mustang. Auto kultowe, ale kto mógł wiedzieć, czy przyjmie się na naszym rynku? Uważałem, że tak będzie. I tak się stało. Pierwsze półtora roku sprzedaży tego modelu przypomniało mi lata 90. Klienci zamawiali Mustangi z obrazka albo i bez niego, czekając cierpliwie długie tygodnie na odbiór.

A czy Ford Store nie jest też dlatego, że pan również chciał mieć Mustanga?

– Nie zastanawiałem się nad tym. Na pewno tak. To jest dobry produkt. Jeden z najlepszych w 27-letniej historii Euro-Caru. Charyzmatyczny, świetnie wyglądający. Genialnie jeżdżący, w dodatku bardzo dobrze skalkulowany cenowo. Proszę mi pokazać innego supercara z pięciolitrowym silnikiem o mocy ponad 400 KM za kwotę dużo niższą od 200 tys. zł. Niczym innym nie chce mi się jeździć.

Co pan jeszcze lubi?

– Czasami wybrać się w daleką podróż. Ale najlepiej zrobić to Mustangiem.

Dobrze prosperująca firma, od lat plasująca się w czołówce rankingów sieci. Najwyższe nagrody przyznawane przez importera i niezależne kapituły. Czy po 33 latach spełniony Andrzej Dmochowski myśli już o emeryturze?

– Sukcesja jest czymś naturalnym. Ciągle mam jednak nad czym pracować. Euro-Car Expert, Transit Center, którym wyprzedziliśmy kilka lat temu konkurencję. Jestem też pod wrażeniem rozwoju marek premium. Tak sobie myślę, że dzięki Mustangowi mamy w tym segmencie już sporo doświadczenia. Można by się też znowu czegoś nauczyć. I przy okazji – wskoczyć kolejny raz w głęboką wodę. To na razie tylko mgliste przymiarki i spekulacje. A co z emeryturą? Na razie się na nią nie wybieram.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.