Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rosnąca sprzedaż i coraz większa przychylność klientów. Jaguar wrósł w trójmiejski krajobraz motoryzacyjny, kontynuując najlepsze wyspiarskie wzory. Niezależnie od tego, co się na tych Wyspach obecnie dzieje. Najmniejszy jag musiał z jednej strony przejąć pałeczkę od pierwszego „baby” jaga, czyli rustykalnego i modelu X-Type, z drugiej zaś stworzyć zupełnie inną jakość. Stylistyczną i charakterologiczną.

Tak w 2015 r. powstał XE. Spod ręki Iana Calluma wyszedł zupełnie nowy samochód. Nawiązujący do XF, a jednocześnie zwarty i kompaktowy. Jedyny w swoim rodzaju. Do czasu, gdy Volvo zaprezentowało najnowsze S60.

W 2019 r. przyszedł czas na modernizację. Przednie i tylne zderzaki stały się agresywniejsze. Podobnie jak atrapa chłodnicy i kształt reflektorów. Zwężono tylne lampy i odmieniono wnętrze, które teraz jest zdecydowanie bardziej sterylne. Zamiast bezstylowego pokrętła pojawiła się dźwignia zmiany trybów jazdy.

Mały sportowy jaguar, którego szkielet jest wykonany z aluminium, zwłaszcza w odmianie R Dynamic, działa na otoczenie dokładnie tak, jak robili to niegdyś jego znamienici poprzednicy. Już dawno nie słyszałem zdania: „Zobacz, jaki jaguar”, wypowiadanego tak często przez mijających mnie przechodniów.

Kiedy już wsiądziemy do środka i umościmy w bardzo ergonomicznym, otulającym kierowcę wnętrzu, okaże się, że ten samochód naprawdę miło się prowadzi. Przyzwyczajenia wymagają jedynie cztery ekrany. Tym czwartym jest lusterko. Poza tym dostajemy to, czego oczekujemy. Cyfrową precyzję prowadzenia na zakrętach. Brak przechyłów, niezłą dynamikę i niskie zużycie paliwa.

– Musisz poznać najtańszą wersję samochodu, która naprawdę dobrze jeździ – powiedział Piotr Wejman z British Automotive Gdańsk, przekazując mi klucze od XE.

Najtańszą, czyli taką, którą można mieć od niecałych 190 tys. zł i którą napędza dwulitrowy, 180-konny turbodiesel, pozwalający na osiągnięcie setki w 8,1 s i zadowalający się pięcioma litrami oleju napędowego. Wierzcie mi – naprawdę wystarczy.

Jeżeli zaczniemy te 190 tys. dopakowywać, za 200 tys. odbierzemy auto ze sportowymi fotelami, skórzaną kierownicą czy wykończeniami z aluminium. Do tego w standardzie będzie napęd na tylne koła! Za takie rzeczy w czasach, gdy wszystko jeździ na przednią oś, każdy fan prawdziwej motoryzacji jest skłonny dopłacać! Kto się boi napędu na tylną oś, może uszczuplić portfel o napęd 4×4, ale – czy jest sens?

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.