Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mercedes EQS 580. Całkowicie elektryczny. Moc - 524 KM. Zasięg - 732 km Ładowanie – nawet 31 minut. Do tego fenomenalna, samoskrętna tylna oś i standard wykończenia przypominający Mercedesa S Coupe poprzedniej generacji. To auto naprawdę istnieje i bardzo dobrze jeździ. Żeby je mieć, trzeba dysponować możliwościami finansowymi na poziomie 600 000 złotych i – jak dowiedziałem się w firmie BMG Goworowski, która zdecydowała się wypuścić mnie z tym autem na ponad godzinę na drogi, poczekać do początku trzeciego kwartału tego roku. Poza tym – całe morze elektroinformatycznych możliwości, o których przeczytacie Państwo we wszystkich możliwych mediach branżowych i które wzbudzają tak samo zachwyt, jak powątpiewanie co do kierunku ewolucji, na forach internetowych. Bo wiele osób, które zaczęły rozglądać się za elektrykami, to tradycjonaliści. To dla nich Mercedes konstruuje je tak, aby specyfiką jazdy bliżej im było do klasycznego samochodu niż do tramwaju. Poza ekranami, asystentem głosowym i ciszą, niespecjalnie różnią się od swoich pobratymców, napędzanych silnikami cieplnymi. EQS to samochód, który idzie dalej. To pierwsza tak kompleksowa, elektryczna redefinicja pojęcia „Klasa S". Ciągle ten sam, najbardziej luksusowy Mercedes, który nawet coś tam mruczy, a jednak coś innego. Już raz to widziałem. 

Wnętrze Mercedesa EQSWnętrze Mercedesa EQS Fot. Bartosz Gondek

To było w 2004 roku, kiedy światło dzienne ujrzał Mercedes CLS. Tamten pojazd był seryjną formą prototypu Mercedes-Benz Vision CLS, którego nikt nie spodziewał się ujrzeć wkrótce na drogach. Nie inaczej jest z EQS. Oceniając go jako wypadkową koncepcji, designu, materiałów i technologii, concept car, któremu pozwolono wyjechać na drogę. I ta wyjątkowość jest w nim najbardziej kręcąca. Pewnie za chwilę konkurencja będzie go doganiać. Tak jak to miało miejsce z CLS-em i jego naśladowcami, ale na razie to jeszcze przyszłość.

Mercedes EQS gotowy do jazdyMercedes EQS gotowy do jazdy Fot. Bartosz Gondek

EQS to pierwszy znany mi, pełny „elektryk", który oferuje  multizmysłową przyjemność z obcowania z samochodem, jaką dawały dotąd najbardziej wyrafinowane, luksusowe spalinówki. Nie czułem tego w Tesli czy Taycanie. Można zaryzykować twierdzenie, że wraz z EQS „elektryki" zaczynają zyskiwać tożsamość, a ich producenci odnajdują sposób, jak sprawić, by przestały być kojarzone z Pendolino lub tramwajami. Koszt powrotu do motoryzacyjnego DNA jest szalony, ale – ktoś musiał tę drogę rozpocząć. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.